piątek, 22 kwietnia 2016

"Dzieci kartografa" Sarah McCoy

Okładka książki Dzieci kartografa
 Autor: Sarah McCoy
 Wydawnictwo: Świat Książki
  Data wydania: 17 lutego 2016
  Ilość stron: 416




            Życia nie da się zmusić, żeby było takie jak chcemy, wtedy gdy chcemy.

Nie można zmienić dnia wczorajszego ani, kontrolować jutra. Możemy żyć tylko dzisiaj najlepiej jak potrafimy, co czasem okazuje się lepsze niż myśleliśmy
                                            cyt.: "Dzieci kartografa" Sarah McCoy



 "Dzieci Kartografa" Sarah McCoy to perełka wyłowiona z literackiego oceanu. Tak szczęśliwą rękę i niezawodną intuicję posiada moja córka Marta, która uwielbia robić mi tego typu niespodzianki. Trudno po takiej lekturze powrócić do rzeczywistości.

Jak powstają tak głębokie, wielowarstwowe, bogate tematycznie powieści? Zamyśliłam się nad genezą tej fascynującej historii. Co było iskrą dla pisarki, rozniecającą jej twórczy zapał?
Myśl? Postać? Miejsce? Zdarzenie?
Gdybyśmy zapytali autorkę o pomysł na tę fabułę, odpowiedziałaby, że było to jedno zasłyszane przez nią zdanie. Nasycone trwogą, bólem, bezradnością słowa, wykrzyczane przez pewną kobietę z ganku domu na Apple Hill. 

Kobiecy głos: "Pies to nie dziecko...", powracający jak mantra, stał się dla pisarki zarysem pomysłu. Twarde, wymowne słowa wwiercały się w mózg, niczym klucz w zamek potężnych drzwi do powieści.
Para bohaterów, utożsamiana z tym zdaniem, miała już swe dane osobowe. Byli nimi Eden i Jack Andersonowie.
Ukształtowane postaci tych dwojga, same przyszły do pisarki. 
Andersonowie przeprowadzają się do starego domu na  przedmieściach, by wieść dobre, spokojne życie, integrują się ze społecznością, mają plany, marzenia, całą przyszłość przed sobą. Beztroska kończy się wraz ze spadającym na nich ciosem, że marzenie o dziecku pozostanie tylko marzeniem.
Mogłaby to być, z powodzeniem, (z pewnością jednak nie większym, niż jest w rzeczywistości), samoistna historia o młodych ludziach, których życie, w całości, zostało zdominowane mozolną walką o upragnione potomstwo.
Problem bezpłodności jest obecny w literaturze. Wzbudza tyle samo dobrych, dających nadzieję, emocji, co kontrowersji. 
Są pustki, których niczym nie da się wypełnić. Nie ma alternatywy, bo każda jest tylko substytutem.
Pomimo, że problem jest bolesny, spędzający sen z powiek młodym małżonkom, to nawiążę do przedmiotowego zdania z psem, bowiem pies odegra w ich życiu istotną rolę...

 "Życia nie da się zmusić, żeby było takie jak chcemy, wtedy gdy chcemy.
Nie można zmienić dnia wczorajszego ani, kontrolować jutra. Możemy żyć tylko dzisiaj najlepiej jak potrafimy, co czasem okazuje się lepsze niż myśleliśmy."

To zdanie jest mottem, dającym doskonale wkomponować się w wiele miejsc tej wielowarstwowej powieści, adekwatnym do wielu zaistniałych w fabule sytuacji, dotyczących różnych bohaterów (może nawet wszystkich), różnych czasów, miejsc, okoliczności.

Pisarka Sarah McCoy precyzyjnie buduje konstrukcję swej powieści, dbając o każdy detal.
Kiedy znalazła miejsce na życie dla swych współczesnych bohaterów Eden i Jack'a, w dzisiejszym miasteczku New Charlestown, w Zachodniej Wirginii, zaczęła dokładnie przyglądać się temu miejscu. Zgłębiała historię okolic pełnych domków z epoki królowej Anny, z werandami, kolumienkami, spadzistymi dachami.
Stary, z XIX wieczną fasadą, teraz wyremontowany dom przy Applle Hill Land, mógłby opowiedzieć niejedną historię.
I ta tajemnicza porcelanowa głowa lalki, znaleziona przez Eden w piwnicy jej domu. Czy była tylko zwykłą zabawką...?

Dom... Adres... Historia...
Na skutek pieczołowitych poszukiwań pisarki, z archiwalnych źródeł wyłoniła się autentyczna postać Johna Browna, wraz z jego tragiczną historią. Jego heroizm w walce o zniesienie niewolnictwa, działalność w podziemiu abolicyjnym, przynależność do wyzwoleńczego ruchu Kolei Podziemnej, uczyniła z niego bohatera, znanego całemu światu.
Za bohaterstwo nie zawsze dostaje się honory, medale. John Brown dostał celę więzienną, strażnika i w końcu szubienicę. To skazanie było jedną z przyczyn wojny secesyjnej.
Tragiczna śmierć, a właściwie to już wcześniej wydany wyrok, był natchnieniem do złożenia poetyckiego hołdu temu człowiekowi przez Cypriana Kamila Norwida w utworze "Do obywatela Johna Brown": 
    "Przez oceanu ruchome płaszczyzny Pieśń Ci, jak mewę posyłam, o! Janie..."

Po śmierci Johna Browna, dzięki swej wrodzonej odwadze, sile charakteru, jego dzieło kontynuuje jedna z jego czterech córek Sarah Brown. Została obdarowana talentem artystycznym, dzięki któremu była w stanie pomóc w ratowaniu życia niewolnikom uciekającym na Północ. W swoich obrazach kreśli zakamuflowane mapy dla wyzwoleńczego ruchu Kolei Podziemnej. Pogodziwszy się z bolesnym faktem, że nie może mieć dzieci, postanowiła pomagać ludziom, jak tylko będzie potrafiła. Ukrywa ścigane rodziny. Maluje obrazy z ukrytymi mapami, a także główki lalek, za pomocą których przekazuje wiadomości walczącym.
Poznajemy wiele faktów z życia Sarah. Podziwiamy jej intelekt, pasje, zdolności, konsekwencje w podejmowaniu trudnych decyzji, gotowość do dźwigania, często bolesnych skutków swych działań. Przeżywamy razem z nią silne emocje związane z tragiczną miłością do przyjaciela, oddanego na zawsze, ale poślubionego przez inną,  Freddy'ego. Jaka siła pozwala jej to wszystko udźwignąć, zachowując dobroć, szlachetność i zdolność dzielenia się tymi wartościami?
Historia pięknej Sarah, niezapomnianej kobiety z przeszłości, nie zdominowała fabuły, by stać się biografią  bohaterki. Tutaj kolejny ukłon w stronę Sarah McCoy, która z równie wielkim talentem, jak jej bohaterka, imienniczka z resztą, kreśląca mapy i wskazówki dla uciekających z Południa niewolników, tak ona sama, jako pisarka, kreśli swą mapę dla czytelnika.

Autorka wcześniejszej powieści "Córka piekarza", w swej kolejnej książce "Dzieci kartografa", umiejętnie łączy ze sobą dwie różne epoki: współczesność przeplata się z przeszłością. Dwie czasoprzestrzenie, odległe od siebie o sto pięćdziesiąt lat. Łącznikiem są dwie bohaterki; współczesna Eden i zostawiająca po sobie ślady do przeszłości, Sarah. Spotkanie i konfrontacja epok, a także ich przedstawicielek, okazują się możliwe, dzięki temu, że przeszłość nie pozostaje niebytem, gdyż pozostawia po sobie cenne artefakty, wskazówki dla potomnych.
Te dwie postacie odbijają się w sobie, jak w symbolicznym lustrze. Łączy je  silne, niespełnione kobiece marzenie posiadania dziecka, problem jak sobie z tym poradzić, jak zachować kobiecość i w czym znaleźć życiowy sens i cel oraz siłę w dążeniu do nich. Sarah i Eden tworzą wspólną opowieść o tym, że nie zawsze dostajemy od losu to, czego oczekujemy, że czasem do głosu dochodzi przeznaczenie, niespodziewanie dostajemy coś, czego wcześniej nie przewidywaliśmy, coś, co pozwoli nam odnaleźć siebie na nowo.
Dwie różne historie niepostrzeżenie łączą się w jedną fascynującą opowieść, dowodzącą tego, że "nasze drogi, losy, decyzje, dzieje, przeznaczenia, łączą się i krzyżują na jednej gigantycznej mapie świata."


Żaden, z poruszonych w powieści tematów, nie dominuje nad innym, a każdy pozostaje równie ważny. Abolicjonizm, Wojna Secesyjna są historycznym tłem, na którym odbijają się wyraziste portrety bohaterów i bohaterek wraz z ich wyborami, decyzjami, marzeniami, wzajemnymi relacjami.
Kobiety zajmują w tych poważnych, historycznych sprawach swoje stanowisko, mówią donośnym, zdecydowanym głosem. Aktywnością, działaniem udowadniają swą odwagę i siłę. 
Że przywołam inną książkę, podobną tematycznie "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd, gdzie poznałam siostry Sarę i Angelinę Grimke z Charlestonu z Karoliny Południowej, pierwsze w historii działaczki na rzecz abolicji i prekursorki amerykańskiej myśli feministycznej, istotnej w walce o prawa kobiet.

W "Dzieciach Kartografa", pisarka Sarah McCoy, jeszcze raz daje świadectwo, jak silne i zdeterminowane potrafią być kobiety, gotowe iść pod prąd, na przekór prawu, utartym normom, zapłacić wielką cenę, by osiągnąć wyznaczony sobie cel.

Nawiązując do tytułu "Dzieci kartografa", warto wspomnieć, że oprócz niezwykłej Sarah, którą mogliśmy poznać, John Braun miał jeszcze trzy córki i czterech synów. Synowie walczyli wraz z ojcem w słusznej sprawie. Jeden z synów zginął w ataku na arsenał w Harpers Ferry, drugi został ranny. Najwięcej wiemy na temat Sarah.
Za tę akcję w 1859 roku, kiedy to John Braun usiłował wywołać powstanie niewolników na południu Stanów Zjednoczonych, atakując wspomniany arsenał w stanie Wirginia, został skazany na śmierć przez powieszenie, bez możliwości do ułaskawienia.

Sarah McCoy, tworząc postaci swoich bohaterów, tych fikcyjnych i tych historycznych, zabiera nas ze sobą w niezwykle emocjonalną podróż. Każdy z jej bohaterów rozwija się, usamodzielnia, nabiera siły, która, w jakiś magiczny sposób, emanuje na nas. Autorka postarała się bardzo, by nie powstała książka stricte historyczna, czy biograficzna, a zasygnalizowane tematy, problemy rozbudziły naszą ciekawość, skłoniły do głębszych przemyśleń i pomogły każdemu z nas docenić zwykłą naszą codzienność i to, co ona nam daje, czerpać radość z tego, co możemy dobrego zrobić dla bliskich i dla każdego drugiego człowieka. Odnaleźć w tym sens.

Okładkę książki, każdy widzi już przed jej lekturą, ale, gdy jest tak adekwatna, jak ta, to po zamknięciu książki, wciąż wpatrujemy się w okładkę i trudno jest, tak po prostu, odłożyć książkę na półkę.
Piękna grafika nawiązuje do przeszłości, która nie odejdzie w zapomnienie, bo czuwa nad nią dobry duch, Sarah Braun. Inteligentna, subtelna twarz kobiety z klasą, to twarz silnej i dumnej Sarah, spoglądającej w dół, niczym anioł, czuwający nad swoim starym, pełnym wspomnień i tajemnic domem, nad Zachodnią Wirginią, nad tym, co udało się jej ocalić.


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


wtorek, 5 kwietnia 2016

"Wróżenie z wnętrzności" Wit Szostak

Okładka książki Wróżenie z wnętrznościAutor : Wit Szostak
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 21października 2015
Ilość stron: 264


  Wtedy zrozumiałem, że nie wszystkie wspomnienia da się wygładzić, że niektóre krążą pomiędzy wnętrznościami, raniąc je ostrymi krawędziami.
                                     cyt.: "Wróżenie z wnętrzności" Wit Szostak

Gdy przeczytam książkę tego formatu, co "Wróżenie z wnętrzności" Wita Szostaka, jeszcze długo potem, słowa drążą mój mózg i rzeźbią moje myśli, które nie dają się okiełznać, by przekazać je dalej.
Tytuł jest intrygujący i mocno oddziałuje na wyobraźnię.
Nie jest to jednak kryminał z Kubą Rozpruwaczem. Nikt nikogo nie rozpruwa, by pastwić się nad czyimiś wnętrznościami i wróżyć z nich, jak z fusów po kawie.

To powieść głęboko psychologiczna, analizująca człowieka, jego byt egzystencjalny. Poprzez jego wnętrze, przez okaleczone ostrymi wspomnieniami wnętrzności do stanu jego umysłu, jego świadomości.
To książka o życiu, o koniecznej do odbycia drodze, wiodącej pomiędzy prywatnymi Troją i Itaką.
Podczas tej wędrówki powstają, wzbudzające podziw, mity, niczym niezniszczalne monumenty i takie, które z czasem kruszą się i zamieniają w gruzy, w szary pył.

W życiu każdego następują zmiany. "Zmiany małe, jak kapanie kropli, które łatwo przegapić, bo dokonują się niezauważalnie." Są też "duże zmiany", niczym "potop", który rozpętał Mateusz i który zmienił oblicze świata." Zmiany wpływające na decyzje typu: pozostać na zatracenie, czy uciekać w nieznane?
I nie tylko życie Mateusza, podzieliło się na to sprzed potopu i na to po nim.

Dwaj bracia bliźniacy Mateusz i Błażej przeglądali się w sobie jak w lustrze, byli jak jeden. Mieli swoje marzenia i plany na przyszłość, bezkresną beztroskę dwudziestolatków. Oboje studiowali i mieli równe szanse na start w dorosłe życie.
Nagle wszystko się zmieniło. 
"Lustro pęka." 
Już nie są lustrzanym odbiciem. Są bardzo różni. Za jaką przyczyną? Co, tak nagle, wykreowało mądrego Mateusza i głupiego Błażeja?
"Jestem głupim bratem mojego mądrego brata, on ma wszystko, a ja nic i tak jest dobrze."
 Tak ocenia siebie i brata Błażej, który jest narratorem tej fascynującej opowieści.

I teraz nic nie będzie już takie samo.
Opowiadający tę historię czterdziestoletni Błażej, od dwudziestu lat pozostaje zamknięty w swoim wnętrzu i nie nawiązuje kontaktu ze światem zewnętrznym ani jednym słowem. "Słowa trzeba oszczędzać na czarną godzinę, być może komuś uratują życie." szepcze tak do siebie, do środka i pisze tę opowieść. 
Błażej obserwując teraźniejszość, wraca myślami do minionego świata, pełnego wspomnień. Dobrze, że są, choć pochodzą z szarego świata. Niektóre jednak bardzo ranią. Okaleczają jego wnętrzności, z których bardzo trudno wywróżyć dobrą przyszłość.

Wraz z Mateuszem i jego dobrą, piękną żoną Martą, zostawili dawny świat i zamieszkali na nieczynnym od lat dworcu kolejowym, w samym sercu Bieszczad, w Poświatowie.
Dlaczego mądry Mateusz pozostawił wszystko, co składało się na jego karierę zawodową, sukcesy, światowe wystawy jego rzeźb, dostatnie życie i zaszył się w głuchym lesie? Co go zawiodło? Kto zranił?
Do Poświatowa trafiają ludzie z dawnego świata, przyjaciele Mateusza, próbują  namówić go do powrotu. Wówczas on ucieka w głąb lasu. Bo, czy możliwe są powroty do światów, z których się uciekało?
Błażeja, "tylko Błażeja", nikt nie namawia. On zajmuje pozycję nieistniejącego w przestrzeni. 
Ucieczka! Pustka! Samotność! Cisza!

Kiedy w ogóle doszło do rozłamu między braćmi? Czy jest jedno miejsce? Czy jest konkretny czas?
Czy to ich wspólny wyjazd do Włoch, do Toskanii był decydujący?
W Toskanii właśnie Błażej uzmysłowił sobie wiele rzeczy, które, możliwe, że wcześniej w nim kiełkowały.
Tutaj jednak przestał rozumieć Mateusza. Całkowicie.
Bo jak można zakochać się w obcych, nieznanych miejscach, w "jednorazowości", jaką była Toskania?
Nie można"życia tkać z przelotności." Podziw? - tak. Miłość? - nie.
Błażej kochał miłością prawdziwą, kochał kobietę z krwi i kości. Co stało się z tą miłością?

Jakim echem odbiło się ich spotkanie z ojcem? Ojciec, bohater narodowy, potrafiący wróżyć z historii, wyjechał nagle, bez pożegnania, uciekając przez kilka obcych granic przed bezlitosnym systemem.
I teraz ta bolesna konfrontacja. Nie spotkali "tytana, wyrzeźbionego niczym Dawid, a szarego człowieka." (...) "Tata szary niebohaterski, zmęczony człowiek, który ucieka wzrokiem." (...)
"Pamiętasz Mateuszu, co się wydarzyło, albo co się nie wydarzyło? Bo ja nie."

Błażej pozostał sam, "głupi i osobny."
Teraz tylko jedno jest pewne, znalazł nowe słowo swojej matki, bo to pierwsze bezpowrotnie zgubił.
"Teraz byłem kochanym urwisem mojej mamy, byłem głupiutki, nie głupi. Mama potrafiła zaczarować nawet najczarniejszą noc syna."
Matka, bez pomocy ich ojca, radziła sobie sama. "Przekuwała porażkę w zwycięstwo."
" Wypruwała sobie żyły", by zapewnić synom dostatnie życie.
Błażej zgubił to pierwsze słowo, jakim go matka obdarowywała, zapomniał, ale wciąż dobrze pamiętał, jak dumna była z Mateusza, jak wycinała z gazet każdy jego sukces, każdą wystawę, każdy medal.
A potem schowała się w to ostateczne ukrycie i "była schowana, bezpieczna, chroniona przed światem i ludźmi."

Błażej nie chciał trafić do domu dla "zmęczonych dusz", gdzie już kiedyś był i czego w tej chwili najbardziej się obawiał. Mateusz z Martą zabrali go ze sobą do Poświatowa. Do świata poza światami.
Dworzec i poczekalnia, to miejsce gdzie zamieszkali. Miejsce pozwalające na zapomnienie, na "zabijanie światów." Miejsce dobre na przeczekanie, pełne nadziei na małe i duże zmiany, na lepszą przyszłość.
Ale to "tu i teraz" jest najważniejsze.

Wit Szostak poruszył temat eskapizmu, temat od zawsze aktualny, co spowodowało wprowadzenie mitologizacji pewnych fraz. Ucieczka, zazwyczaj determinowana jest strachem. Ucieczka przed bezlitosnym systemem, przed aresztowaniem, przed dotychczasowym życiem, pełnym rozczarowań, pełnym presji i wielkich oczekiwań.
Uciekał ojciec, uciekał Mateusz, uciekał Błażej... Każda próba ucieczki, kończy się fiaskiem. Nie da się uciec od życia, od siebie samego.
Pisarz podjął problematykę uniwersalną, ponadczasową i zrobił to po mistrzowsku. Mocną stroną jest tutaj styl paraboliczny, mieszanka dosłowności z alegorią i symboliką. Jak również język, którym relacjonuje nam swą opowieść narrator. Pewien chaos, powtarzalność, cykliczność sformułowań, to zamierzony i trafiony zabieg. Uzyskana w ten sposób rytmika, odzwierciedla stan umysłu narratora. Prawdziwy majstersztyk.

Narrator szepcze do siebie, do środka i pisze tę opowieść. To przekaz z głębi, z trzewi, z zakamarków labiryntu poplątanych myśli, gdzieś z miejsca, gdzie łączy się świat rzeczywisty z magią. To przekaz z nurtu realizmu magicznego, fantasy, wymagających od czytelnika zatrzymania się dla zadumy, dla refleksji. Jestem zwolenniczką takiej literatury, zgłębiającą, wciąż  do końca niezbadaną, ludzką psychikę.

Książka ukazała się w serii Kontrapunkty Wydawnictwa Powergraph. Nagrodzona tytułem Książki Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Fantastyka, fantasy. Od niej zaczęłam odkrywanie talentu literackiego Wita Szostaka. Koniecznie muszę nadrobić. 
Ostatnia z jego powieści "Sto dni bez słońca", nominowana była do Paszportów Polityki 2014; przedostatnią "Fugę", nominowano do Nagrody Nike 2013.

Namawiam gorąco do tej lektury, bowiem każdy ma swoje "wczoraj" i wspomnienia, które pomimo, że nie zawsze dadzą się "wygładzić", to zawsze można kolejny raz je przemyśleć, by mniej raniły, by mniej bolały. 
By zapełnić pustkę, by przerwać ciszę...


Wydawnictwu Powergraph serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
        
                                
                                      http://www.powergraph.pl/wp-content/themes/graylagoon-01/images/powergraph_header.png

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


sobota, 19 marca 2016

BAJ - O - DUŻENIE" Patrycja Prochot - Sojka

Bajodużenie - Prochot-Sojka PatrycjaAutor: Patrycja Prochot - Sojka
Wydawnictwo: MaMiKo
Data wydania: 21 grudnia 2015
Ilość stron: 207



   Proszę cię, zrób zdjęcia, jak już tam będziesz. Jeśli ci się uda, ześlij je z Niebios.

   cyt.: "BAJ - O - DUŻENIE" Patrycja Prochot - Sojka



Zacznę od przedstawienia autorki "Baj-o-dużenia". Sama, dzięki lekturze tej książki, ją poznałam. Patrycja Prochot - Sojka, bo o niej mowa, zafascynowała mnie od pierwszych stronic, swym magicznym stylem w pokazywaniu rzeczywistości. Krótka notka biograficzna zawiera imponujące informacje, dotyczące jej zainteresowań, wręcz pasji.

Patrycja Prochot - Sojka jest absolwentką Filologii Polskiej i Studium Literacko-Artystycznego. Wyróżniona na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Autorka reportaży z podróży. Dokumentowała losy Polaków na Syberii, w Turcji i na Ukrainie. Współautorka cyklu wystaw fotograficznych o rodakach mieszkających w Rosji i Stanach Zjednoczonych. Zbierając materiały do swej pracy literackiej, chętnie sięga do dawnych baśni i legend, zebranych podczas "podróży do ludzi". Kolekcjonerka wspomnień i bywalczyni miejsc magicznych.

Teraz, to nas, czytelników, zabiera w podróż do swego miejsca na ziemi, gdzie mieszka i pracuje.
Bowiem, wszystkie drogi, zdawać by się mogło, poznając bohaterów, prowadzą do Ziegenhal. Taką nazwę, do roku 1945, miało miasto Głuchołazy.

Podczas lektury, poznajemy stałych mieszkańców i tych, którzy mieli kierunek do tego miasta wpisany na drogowskazach, stojących przy ich życiowych drogach.
Miasteczko Ziegenhal w ówczesnych czasach, było zupełnie zwyczajne. Panuje w nim zastój. Zagnieździła się monotonia. Życie, jakby wcześniej zaplanowane, uporządkowane, biegnie swoim stałym rytmem, od świtu do zmierzchu. Jednak, było to osobliwe i magiczne miejsce.
Co, zatem było powodem, że ludzie do niego zajeżdżali i trudno im było je opuścić? Czy mieli swą drogę i kres zapisane gdzieś wyżej? Tak, jak od dawna, mieli zapisany swój los stali mieszkańcy tego miasta?

Rodzina zegarmistrzów Kleistów, miała władzę nad czasem. Jakob Mentz, księgarz, zapiski o swym losie miał w księgach. Szczęście, bogactwo, cały majestat rodziny Tieldenów, zależały od "ubrań szytych na miarę", od daru szycia ubrań na miarę ludzkiego losu. Taki dar posiadali kolejni potomkowie rodziny Maurów z Grenady. Służyli wiernie swoim wybawcom, ofiarowując swoje niezwykłe zdolności w podzięce za uratowanie im życia.Wielkość Tieldenów nie była im dana na zawsze. Bo, gdy urodziła się córka Margit von Tielden, słaba i chorowita, nic nie było już takie samo. Margit wcale nie chciała być ani bogata, ani tak ważna i podziwiana, jak jej rodzice. Odwaga dziewczynki jest przykładem na to, jak słabość można przekuć w siłę.

Bohaterowie książki  nawiązują kontakt werbalny z najważniejszymi w Królestwie Niebieskim.
Idąc do świątyni, wznoszą do Nieba swe żale, troski, bóle, pretensje, tęsknoty i prośby o ukojenie. Rozmawiają z Maryją, matką Boga, z Chrystusem, nawet z samym Bogiem. Okazuje się, że ci wszechmocni i wszechwiedzący, przedstawiciele Nieba, też, tak jak ludzie, mają swoje słabości i gorsze dni, kiedy to nie wszystko się udaje. Nabierają cech natury ludzkiej. Bóg i Maryja, w tej całej wieczności, mają dla siebie coraz mniej czasu. Maryja żali się, że ma problemy ze swym synem.

"Bóg dzieli po równo, ale czasami jest tak zmęczony, że może akurat coś pomylił, o czymś zapomniał. Wiesz, jest tylko Bogiem..."

Pomiędzy śmiertelnikami i Świętymi, wije się ścieżka, którą podąża Śmierć. Z nią też można prowadzić konwersację, można się z nią zaprzyjaźnić, można ją nawet pokochać. Śmierć była bliską przyjaciółką, może nawet kochanką konsula Hermana von Wittelsbacha, który przybył do miasteczka jako posłaniec cesarza Wilhelma II Hohenzollerma. Jakie intencje miała zimna, namiętna Śmierć wobec Hermana? A sam Herman, jakie pobudki nim rządziły? Czy mógł coś, dzięki ich związkowi, wynegocjować, coś ugrać? Przecież Śmierć wiele mogła, mogła dać godzinę w prezencie, albo zabrać o wiele więcej.

"Niewielu z miasta wyjechało. Jakoś nigdy im nie było po drodze do świata."


Niektórzy z miasteczka, przekonani byli, że na ich mieście, kończy się świat. Nawet nie potrafili sobie wyobrazić, co jest za horyzontem. Mieli swe małe szczęścia, które bardzo naciągali, by przykryć znacznie większe niedole i zdawało im się, że złapali Pana Boga za nogi.

Byli też tacy, których bardzo ciągnęło do wielkiego świata, choćby wyjechać do Breslau/ Wrocław. Jak Leonia, córka młynarza. Kiedy Henrich Fischer wsiadł do pociągu i wyjechał z miasta na uniwersytet do Getyngi, bardzo mu zazdrościła. Tęskniła za nim i coraz bardziej za wielkim światem. Dusiła się w ciasnocie swojego małego świata. Pragnie, za wszelką cenę wydostać się z niego. Napisała list, włożyła do butelki i wrzuciła w wodę rzeki Białki.

"Jestem Leonia, córka młynarza, Niech mnie ktoś uratuje."

Uwierało ją tutejsze życie. "Bycie przeciętną, to zagłada."
Uciekła z domu. Zabrała się z taborem Cyganów. Czy wielki świat czekał na nią z otwartymi rękoma? Była młoda, siedemnastoletnia, beztroska, pełna entuzjazmu. Wszystko ją zadziwiało, zachwycało, jak coś "zakazanego".
Za jej ufność do świata, do ludzi, za infantylność, przyszło jej zapłacić wysoką cenę. Duże miasto Breslau, dokąd się udała, zakpiło z niej. Uwiodło i oszukało.

Na fabułę składa się czternaście opowiadań z życia mieszkańców,  Ziegenhalls - wcześniej, Głuchołaz - później. Opowiadania mieszczą się w dwóch częściach książki: "Ziegenhals przed..." oraz "Głuchołazy po..."

Zawarta jest w nich cała magia, otaczająca bohaterów, ich wierzenia, obyczaje, folklor ludowy.
Pisarka wkradła się w wewnętrzne przeżycia i w podświadomość swoich bohaterów.
Dużo o ich stanie duchowym, o tym, co ich niepokoi, co stanowi traumę na całe życie, a co jest  marzeniem, mówią ich sny. Sny wielu z bohaterów, to znacząca przestrzeń, nierozerwalna cześć ich rzeczywistości. Sny, to zwierciadlane odbicie ich samych, ukazujące jacy są naprawdę.
Wprowadzone tutaj, przez autorkę, elementy nadnaturalne, irracjonalne, mityczne i baśniowe, wcale nie zniekształcają rzeczywistości. Pierwiastki zaprzeczające prawom natury i zdrowej logice, łączą się magicznie z realizmem i stają się jedną konstrukcją.

Niecodzienna atmosfera powieści, pisana w nurcie realizmu magicznego, przenosi nas w, niczym nieograniczony, świat wyobraźni. Wyobraźnia, to główny czynnik charakterystyczny dla tego nurtu w literaturze. Doskonale ją rozwija operowanie tym, co dziwne, niezwykłe, zaskakujące, jak i nawiązywanie do legend, mitów, duchów oraz lokalnych tradycji. 

Jestem zafascynowana tą lekturą. Lubię książki wywodzące się z nurtu realizmu magicznego, skłaniają do głębokich przemyśleń, refleksji. Za pomocą magicznych środków wyrazu, powstała mądra fabuła, mocno związana z problemami egzystencjalnymi, dotyczącymi nas wszystkich, a przez to uzyskuje wartość ponadczasową.

"Baj-o-dużenie" Patrycji Prochot-Sojki jest debiutem literackim, zasłużenie nagrodzonym Nagrodą Główną w Konkursie Promotorzy Debiutów - 2015, organizowanym przez „Tygodnik Powszechny” i Instytut Książki. 

Książka została zakwalifikowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus" 2016. 


* Wydawnictwu MaMiKo, serdecznie dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza recenzenckiego.


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/

sobota, 12 marca 2016

"Ukochany z piekła rodem" - Alek Rogoziński

Okładka książki Ukochany z piekła rodem Autor: Alek Rogoziński
Wydawnictwo: Melanż
Data wydania: 23 marca 2015
Ilość stron: 272


"Joanna Szmidt sprzedała ponad pięćdziesiąt milionów egzemplarzy książek na całym świecie i zdobyła dwadzieścia prestiżowych nagród literackich. A pana jedynym osiągnięciem jest regularne zamienianie tlenu w dwutlenek węgla".   
                cyt.: "Ukochany z piekła rodem" Alek Rogoziński

                                       

 Na okładce książki widzimy młodą, rudowłosą kobietę w czerwonej sukience, w pozie świadczącej o jej wielkiej determinacji, z siekierą desperacko zaciśniętą w dłoni, zwróconą twarzą w stronę panoramy Warszawy.  Gotowa do realizacji swojego planu?

W "Ukochanym z piekła rodem" Alka Rogozińskiego ma miejsce zbrodnia, zbrodnia dokonana za pomocą siekiery.
Ofiarą jest Konrad, dwudziestosiedmioletni fotograf gwiazd, gwiazdorów i gwiazdeczek. Niczym po orbitach, krążą wokół niego, za wszelką cenę pragnące sławy, celebrytki. A on, aktualnie jest chłopakiem Joanny, czterdziestoletniej singielki, popularnej autorki romansów.
Jest też, powracająca jak bumerang jego była dziewczyna Agnieszka. Już rozglądała się za ślubną suknią, a tu taki cios! Ukochany dzwoni z wiadomością, że lepiej będzie, gdy o nim zapomni...

Już Prolog uchyla nam drzwi do piekiełka, z którego ukochany się wywodzi i zdradza makiawelistyczne pobudki Konrada, jak również to, co tak naprawdę jest obiektem jego pożądania, co tak naprawdę może w nim wzbudzić uczucie bezgranicznej, namiętnej miłości.

Joanna jest w szoku. Była bezgranicznie zakochana, przekonana, że podczas pobytu w Zakopanem, gdzie się poznali, znalazła swego księcia i to na całe życie, jak bohaterki jej sentymentalnych romansów. W dodatku, to ona odkryła zwłoki ukochanego w swoim domu, w kabinie prysznicowej.
Pojawia się wiele pytań i zagadek. Dlaczego? Kto? Jaki mógł być motyw tej masakrycznej zbrodni? W jaki sposób morderca wszedł do jej domu? Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz.
Ukochana denata nie mogła bezczynnie czekać na wyniki śledztwa policji. Nie wierzyła w jej zaangażowanie i skuteczność. Postanowiła zatem, z pomocą swej menadżerki Betti (Beaty), wszcząć prywatne śledztwo. 

Planowanie mordu, sama zbrodnia, wiadomo, to ciężka tematyka.
Prowadzone w tej sprawie amatorskie śledztwo, mało, że nie wieje grozą, to komizm sytuacyjny i prowadzone dialogi, prowokują do śmiechu, wręcz rozbawiają.
Autor obrał niekonwencjonalną formę dla swojego kryminału. Z pewnością, to przemyślany i zarazem trafiony zabieg. Według pisarza, dobry kryminał to "dobrze skonstruowana i poprowadzona droga przez labirynt" , koniecznie "z domieszką poczucia humoru". Humor gra tutaj jedną z głównych ról. Jest pierwiastkiem nadającym lekkości dramatycznej fabule. Chociaż to powieść z "trupem w roli głównej", nie jest klasycznym kryminałem, a można ją uznać za komediowy kryminał.

Śledztwo w sprawie morderstwa biegnie dwutorowo, prowadzone przez policję, jak również przez dwie kobiety Joannę i Betty. Napięcie rośnie, proporcjonalnie z nim, rośnie nasza ciekawość. Autor nie prowadzi nas prostą drogą do celu, to niedozwolone, a właśnie wpuszcza nas w labirynt, a na każdym zakręcie, podejrzenie rzuca  na kogoś innego. Sprytnie! Zaskakująco!
Towarzysząca zwykle intrydze kryminalnej groza, ustąpiła nieco miejsca wszechobecnej rzeczywistości.
Rzeczywistości, przeglądającej się w krzywym zwierciadle. W konsekwencji, odbicie jest jej karykaturą.

Akcja książki ma miejsce w Polsce, w polskich realiach, by autor mógł zakpić z naszego show biznesu.
Alek Rogoziński, swoim wyostrzonym, dziennikarskim zmysłem obserwacji, podgląda świat celebrytów i dostrzega wszelkie jego mankamenty, śmieszności i absurdy.
Oglądana z bliska, zdeformowana rzeczywistość, nie jest już ani piękna, ani dobra. Niektórym powykrzywiały się drogowskazy, poplątały drogi i dawne ideały zboczyły w złym kierunku. Jak w gabinecie krzywych luster, ludzie i sytuacje z nimi związane, wyglądają zabawnie, śmiesznie, groteskowo, głupio.
Celebryci, którzy chcą świecić tylko zewnętrznym blaskiem, rzeźbią swoje ciało, idealne figury, z większym poświęceniem, niż zwoje, czy komórki mózgowe. Kreują się na swoje karykatury, pełne snobizmu i hipokryzji. Główne bohaterki książki, ale nie tylko one, są tego doskonałym przykładem.
Cenniejszy, nade wszystko, jest wygląd, markowe ciuchy i torebki. Prawdziwa przyjaźń, to tylko gra pozorów.
Joanna, pisząc swoje książki, miesza nielogicznie wątki, dziwnie splata losy bohaterów, łącząc w parę rodzeństwo, daje tym wyraz grafomanii. Poza tym, nie lubi swoich czytelników, ani spotkań z nimi.
Menadżerka Betti, promując książki swej pracodawczyni, wcale ich nie czyta.
Na pozór, nierozłączne przyjaciółki, tak naprawdę szczęśliwe są, gdy mogą od siebie odpocząć.

"Ukochany z piekła rodem", to debiut literacki Alka Rogozińskiego. Ciekawostką jest, że początkowo autor napisał "Ukochanego...", w mniejszej formie, dla magazynu "Party", dla redakcji, w której pisarz pracuje. Później, pierwotna wersja została rozpisana.
Książka ta jest pierwszą z serii kryminałów, w każdej następnej spotkamy się z Joanną romansopisarką i jej menadżerką Betty.
To moje pierwsze literackie spotkanie z Alkiem Rogozińskim. Udane. Wniósł, w moim odczuciu, pewne innowacje, co nadało literaturze świeżości przekazu. Znawcą kryminałów, to znów nie jestem. Czytam je od niedawna. Pisarz jest zafascynowany piórem Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej i chciałby, by miały godnych siebie następców. By młodzi, zdolni, obdarzeni poczuciem humoru, wypełnili ogromną lukę, jaką pozostawiły po sobie.
Epilog, poprzez podróż Joanny na Korfu, zapowiada kontynuację jej losów w następnej części serii kryminałów.  Zapowiedź stała się faktem. "Morderstwo na Korfu" ukazało się 23 września 2015 roku. 
Autor zapowiada trzecią część "Jak cię zabić, kochanie?", która ukaże się w księgarniach na początku czerwca br. - czekam z niecierpliwością!

Książka genialna! Super relaks!

Bez urazy kogokolwiek, spotkałam po drodze pewne błędy redakcyjne, które nie powinny ujść uwadze korektora. Korekta była, sprawdziłam. No cóż, nazwa Wydawnictwa MELANŻ, czy nawiązująca do imprezy, czy mieszaniny form, kształtów i barw, w końcu zobowiązuje i wszystko tłumaczy. Ale to tak nawiasem mówiąc, bo prawda jest taka, że w ogóle nie przeszkodziło mi to w dobrej zabawie. Wierzę, że to tylko chochlik drukarski i następnym razem niczego nie zauważę. Kiedyś, to były załączane erraty.



* Książką zostałam obdarowana przez jej autora, za udział w JURY Książki Roku 2015, wybierające Książkę i Autora 2015 roku, przy organizacji Redaktorek "Książki zamiast Kwiatka". Byłam zaszczycona :)



Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem








piątek, 4 marca 2016

"Moje córki krowy" Kinga Dębska

Okładka książki Moje córki krowyAutor: Kinga Dębska
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 13 stycznia 2016
Ilość stron: 304




Błogosławiona niewiedza, zapomnienie, nieświadomość. Bez nich życie byłoby nie do wytrzymania.

                         cyt.: "Moje córki krowy" Kinga Dębska

Są w życiu sprawy, od których nie da się uciec, nie ochroni nas żadna niewiedza, ani zapomnienie. Choć są nieuniknione, to trudno jest wcześniej przygotować się na spotkanie takowych, a tym bardziej nie można, w żaden sposób, się znieczulić.

W powieści Kingi Dębskiej "Moje córki krowy" i jednocześnie w filmie, którego autorka jest reżyserem (reżyseria to jej zawód), stajemy w obliczu śmiertelnej choroby, utraty bliskich, konfliktu dwóch sióstr. To trudna tematyka, bolesna. Ciężar poruszonych problemów jest wielki. Aby łatwiej było go udźwignąć, Kinga Dębska, przekonana, że "człowiek jest istotą tragikomiczną", wprowadza humor, elementy tragikomedii. Tak, tak! Można czuć się zaskoczonym przez ten humor, bo to wielka sztuka. Jak przepleść strach, ból, cierpienie z humorem, śmiechem, żeby zachować naturalność i uzasadnioną powagę sytuacji? Można, bo śmiech jest naszym mechanizmem obronnym. Przybieramy, oszukując samego siebie, maskę pozorów, przyjmujemy pozę twardziela, a prawda jest inna, chcemy się pod tą maską pozorów schować, żeby było łatwiej.

Poznajemy dwie siostry, dorosłe kobiety, Martę i Kasię. Czytamy zapiski z ich dzienników, pisane w pierwszej osobie. Pisanie jest dla nich, swego rodzaju, terapią.  Rozdziały zatytułowane Marta, przeplatają się z rozdziałami o tytule Kasia. Nie uszło mojej uwadze, że ich imiona napisane są różnym charakterem pisma, a to też dużo mówi o bohaterkach. Marta (43lata) jest aktorką, samotnie wychowującą córkę. Od dzieciństwa postrzegana była za silną osobowość, dominującą, dobrze zorganizowaną, taką, co to w życiu da sobie radę. Młodsza o rok Kasia, wszystkiego Marcie zazdrościła, żyła w przekonaniu, że jest od niej gorsza i mniej kochana przez rodziców, pozostawiona na drugim planie. Prześladowały ją kompleksy. Szczęścia nie dawała jej ani praca nauczycielki, ani małżeństwo z życiowym nieudacznikiem, wciąż szukającym pracy, a i z synem ma coraz poważniejsze kłopoty. Kasia jest wrażliwa, sentymentalna, ze skłonnością do egzaltacji.

Siostry są tak różne, że same zastanawiają się, czy jedna z nich nie jest adoptowana?
Idą przez życie, każda swoją drogą, coraz bardziej oddalając się od siebie. Więzy krwi, to największa siła łącząca ludzi, dlatego najbardziej boli  nas cios zadany przez osobę najbliższą.
Co musi się wydarzyć, gdzie muszą się znaleźć, by spojrzeć na siebie inaczej, "nie z dołu, nie z zazdrością i porozmawiać jak siostry, jakby nigdy nie było kłótni, wojen, wzajemnej złości na siebie"?
Czy to im się uda?

"Rzeczywistość (...), jak zły pies. Warczy i wyje ". Ich wspólna rzeczywistość krzyczy z bezradności. Utrata matki, to największy ból. Wiem! Utrata dziecka dla matki, dla ojca, to strata nieporównywalna z żadną inną. Oby nikt nigdy...
 "Czy można znieczulić się na rzeczywistość, która nas przerasta"? I to bezlitosne zdumienie, towarzyszące cierpieniom po tak bolesnej utracie, że życie toczy się dalej, swoim rytmem, bez zmian, jakby nic się nie stało.
Kasia była z matką bliżej, mieszkała z rodzicami, ale Marta nie mogła pogodzić się, że tak mało znała swą matkę. Nie zdążyła się z nią zaprzyjaźnić. "Kim ona była ta moja mama"? "Nic nie będzie już takie samo". Niczego nie da się nadrobić. "Za krótko"!
Książka Kingi Dębskiej, to dwugłos, ciągle jeszcze analizujący ich wcześniejsze relacje, sięgające dzieciństwa, z podkreśleniem wzajemnych pretensji, złości, w ich mniemaniu, nienawiści nawet, no i wspólne, bolesne przeżycie, ukazane z dwóch perspektyw.

Tytuł "Moje córki krowy", został skrupulatnie przemyślany i według mnie jest bardzo trafiony, wymowny. "Tak do córek zwraca się charyzmatyczny, silny ojciec, ale to nie oznacza patologii, marginesu." W tych słowach jest "więcej miłości niż impertynencji". Córki bardzo kochają swojego ojca, jest on największą miłością obu sióstr, są z nim silnie związane emocjonalnie. 
Cios za ciosem. Ojciec załamany przeżyciami, sam zapada na poważną chorobę. Diagnoza: guz mózgu. Powoli przechodzi w inny wymiar, ma swój świat, do którego coraz trudniej córkom dotrzeć. Czy sprostają tak ciężkiej próbie?

"Dlaczego mówić na smutno o rzeczach nieuchronnych"? - do takich wniosków dochodzi autorka książki, a zarazem reżyserka filmu. "Nie lubię sentymentalizmu, czułostkowości, epatowania nieszczęściem"- mówi Kinga Dębska w jednym z wywiadów. "Nie jest to dramat psychologiczny a tragikomedia"- tłumaczy.
Żart stosuje tutaj, jako wentyl, żeby nie zwariować. Za pomocą czarnego humoru, obśmiewa rzeczywistość i siebie też. Autorka nie ukrywa, że inspiracją do stworzenia tej historii, były jej osobiste przeżycia. Ból, cierpienie duszy, trudno jest o tym mówić. Zatem pisanie było dla niej, tak jak i dla jej bohaterek, wyzwalającą terapią.

Każdego dnia, ktoś doświadcza podobnych przeżyć, zmierza się z walką o nadzieję, jak Marta, Kasia i ich ojciec. Ktoś utracił kogoś kochanego, a ktoś inny drży przed taką utratą. Każdy odbierze tę historię indywidualnie, ale z pewnością nie pozostanie obojętnym. Zapewniam, że ta książka będzie wielkim przeżyciem dla każdego, bez względu na to, czy ma siostrę, czy jej nie ma. Nie sposób oprzeć się emocjom, nasuwającym się refleksjom, nie sposób odpędzić silnie napierających myśli. Wprawdzie chwilami się uśmiechnęłam, na czym tak bardzo zależało autorce tej opowieści, ale nie pamiętam, która książka, wycisnęła ze mnie tak "słone" emocje. Choć moje  n i e p o k o j e  sprzed trzynastu lat, nigdy nie odejdą w zapomnienie, jednak teraz odezwały się gromkim głosem:

                                Bezsenne długie noce, co kiedyś były Twoje, 
                                nie oddam ich nikomu i teraz będą moje 
                                
                                Cierpliwa i pokorna czekasz na sen spokojny
                                 Słońce już dawno zaszło, a księżyc taki chłodny
                                                               (...)
                                Ciemno jest i cicho, cisza gra muzyką
                                Nuty gdzieś pobłądziły, wesołość swą zgubiły

                                Noce nieprzewidziane, nie jak kiedyś każde
                                Drżące, mokre, słone, dlatego są tak ważne
                                                               (...)            
                                                                  (wrzesień 2003) M.P.  




  Zapraszam na mój fanpage na facebooku:  https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem            
                                                         
Ciemno jest i cicho
Cisza gra muzyką
Nuty gdzieś pobłądziły
Wesołość swą zgubiły
               Noce nieprzewidziane
               Nie jak kiedyś każde
               Drżące, mokre, słone
               Dlatego są tak ważne - See more at: http://myslirzezbioneslowem.blogspot.com/2014/04/niepokoje.html#sthash.ubz4drxT.dpuf

Ciemno jest i cicho
Cisza gra muzyką
Nuty gdzieś pobłądziły
Wesołość swą zgubiły
               Noce nieprzewidziane
               Nie jak kiedyś każde
               Drżące, mokre, słone
               Dlatego są tak ważne - See more at: http://myslirzezbioneslowem.blogspot.com/2014/04/niepokoje.html#sthash.ubz4drxT.dpuf






środa, 24 lutego 2016

"Niepokorne. Eliza" Agnieszka Wojdowicz

Okładka książki Niepokorne. ElizaAutor: Agnieszka Wojdowicz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 14 czerwca 2014
Ilość stron: 424


   - Popatrz-szepnęła.- Tyle w tym Krakowie kościołów, tak blisko tu do Boga, a życie... jak wszędzie... takie liche. Takie marne.
                  cyt.: "Niepokorne. Eliza" - Agnieszka Wojdowicz


   "Kraków nigdy wcześniej nie wydał jej się tak piękny. Pogrążony w mroku rozproszonym tylko gdzieniegdzie przez opary gazowego światła, tajemniczy i niewyobrażalnie stary sprawiał wrażenie zastygłego w czasie."

Miasto Kraków, jak zaczarowane..., jest  pięknym tłem fabuły, stwarzającym niepowtarzalny klimat, ale równie dobrze, może jest i jednym z bohaterów, bowiem Kraków, to miasto, które niewątpliwie posiada duszę.
Spacerujemy urokliwymi uliczkami, podziwiamy Planty, Rynek Kleparski z wkomponowanymi tu kramami, z chłopskimi furmankami, wozami górali z Zakopanego. Gdzieś opodal przejeżdża konny tramwaj. Tylko żal, że Wawel został zajęty przez stacjonujące tam wojska cesarsko-królewskie. Zamek to oficjalna siedziba cesarza. Odzyskanie Wawelu było dla Krakowian sprawą iście honorową.
Znaleźliśmy się w Galicji. Jest rok 1895.
Kraków, pod zaborem austriackim, ze swymi mrocznymi zaułkami, z gnieżdżącymi się tam przeciwnościami, czyhającymi niebezpiecznymi niespodziankami, nie zawsze było przyjazne dla przybyszów z zewnątrz.
Przez mrok przedostawał się jednak odważnie, brawurowo blask, zwiastun rozkwitu artystycznego, czyniąc z miasta kolebkę modernizmu.

W malowniczy pejzaż miasta, wpisane są losy niezwykłych bohaterek, kobiet niepokornych.
Eliza, Klara i Judyta, których drogi w pewnym momencie się spotkają, podejmują walkę, przede wszystkim z zakorzenionym solidnie konserwatyzmem. Walczą o swoje marzenia, o swobodę myśli, o swą niezależność. Żyją w epoce, kiedy to triumfują konwenanse, utarte przez wieki normy określające ściśle miejsce i rolę kobiety w ówczesnym świecie. Świat kobiet, to ograniczone sztywnymi ramami miejsce, w którym nie mieszczą się kobiece pragnienia, ich racje, czy poglądy. Wszelkie próby wyzwolenia się z niego, w pogoni za swoimi ideami, marzeniami, miłościami, okupione są wysoką ceną.

Eliza Pohorecka przyjeżdża do Krakowa z Królestwa Kongresowego, z Otwocka, gdzie pracowała w aptece. Dostała się na farmację i będzie studiować na Uniwersytecie Jagielońskim. To dla niej wielkie osiągnięcie. Jest jedną z pierwszych kobiet, które dostąpiły tego zaszczytu. Wciąż jeszcze pokutują wśród wykładowców uprzedzenia, przejawiające się w nieskrywanej niechęci do studiujących kobiet.
To nie jedyna przeszkoda, z jaką będzie musiała sobie poradzić. Poza murami uczelni czyha na nią wielkie niebezpieczeństwo. W czasie podróży do Krakowa, w jednym z przedziałów pociągu, popełniono morderstwo na starszej kobiecie. Eliza była jedyną osobą, która widziała uciekającego zabójcę. Trwa dochodzenie. Wzywana jest na przesłuchania. Ktoś ją śledzi. Ktoś ją osłania. Nigdy nie wie, kto depcze jej cień. O bezpieczeństwo Elizy dba prowadzący śledztwo austriacki porucznik cesarsko królewskiej żandarmerii Anton Wiebracht. Jego troska przeradza się w uczucie. Czy dziewczyna będzie mogła je odwzajemnić?

Powieść Agnieszki Wojdowicz "Niepokorne", to trylogia opowiadająca o trzech wyjątkowych kobietach, ale już w pierwszej części "Niepokorne. Eliza", poznajemy każdą z nich, bowiem nie są to pojedyncze, przypadkowe portrety. Choć są tak różne, to jednak łączy je wiele. A głównie jedna zasadnicza cecha, niepokorność. Tak, jak przeplatają się od pewnego czasu ich losy, tak w powieści przeplatają się trzy wątki, tworząc konsekwentnie wizerunek prekursorek, idących z przekonaniem po sprawiedliwe traktowanie na uczelni, po prawa wyborcze dla kobiet, po niezależność.

Klara Stojnowska jest bardzo przebojowa i odważna. Buntuje się przeciw konserwatyzmowi swego ojca, profesora uniwersyteckiego. Ma silną osobowość. Walczy słowem, za pomocą pióra i swej dziennikarskiej pasji. Jest idealistką o radykalnych poglądach. Jej upór i siła w działaniu, zmierzy się z równie silnymi potęgami sfery uczuciowej i konieczne będą niełatwe wybory.

Judyta Schraiber jest Żydówką z krakowskiego Kazimierza. Dla swoich wielkich miłości, jakimi są malarstwo i uczucie do malarza Szymona Hellera, ucieka ze swego rodzinnego domu, gdzie już swatka rai jej najlepszego kandydata na męża. A ona chce kształcić się i malować. Ma takich nauczycieli jak Jacek Malczewski i Stanisław Wyspiański.
 Judyta znajduje w sobie odwagę, by sprzeciwić się tradycjom żydowskim.
Bardzo cenny jest tu zabieg wkomponowania obyczajów, tradycji i religii Judaizmu, jak i nazewnictwa kolejnych miesięcy w języku żydowskim.

Powiew historii, dreszcz emocji, pobrzmiewające echo przeszłości, odkrywane arkana kultury i sztuki, fascynujące portrety bohaterów, to elementy liczące się w tworzeniu literatury. To wszystko tutaj znajduję.
A, co najważniejsze, idę po tropach, po śladach, wskazywanych przez pisarkę za pomocą pięknego literackiego języka. W słowach widać solidny warsztat pisarski, a z utworzonych, za ich pomocą, magicznych obrazów dziewiętnastowiecznego Krakowa, wyłania się pasja i miłość do tego miasta.
Magia w każdym słowie sprawia, że po przeczytaniu pierwszej części "Niepokorne. Eliza", marzę o drugiej "Niepokorne. Klara", którą niezwłocznie sobie sprawię, a potem, z utęsknieniem będę czekała na "Niepokorne. Judyta".

Zapraszam na mój fanpage na facebooku:  https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


sobota, 20 lutego 2016

"To się da" Anna Sakowicz

Okładka książki To się da!  Autor : Anna Sakowicz
  Wydawnictwo: Szara Godzina
  Data wydania: 2 lutego 2016
  Ilość stron: 304



                                To    się    da!
                                     cyt.: "To się da!" Ana Sakowicz
                         
 Tytuł, cytat, powiedzenie, motto.
Ulubione powiedzonko mieszkańców Kociewia (to region na Pomorzu, którego stolicą jest Starogard Gdański) : "To się da", posłużyło Annie Sakowicz za tytuł  do jej nowej powieści, a jednocześnie stało się myślą przewodnią fabuły. Jak adekwatny to jest tytuł, przekonujemy się strona za stroną.
Słowa niosące za sobą dużą dawkę optymizmu, tak dużą, by starczyło dla głównej bohaterki Joanny, dla wszystkich, na których jej zależy, no i dla czytelnika, który wgłębiając się w tę opowieść, siłą rzeczy, wierzy w ich moc sprawczą.

Joanna bierze roczny urlop od swojego dotychczasowego życia. Zostawia za sobą swoje miasteczko, liceum, w którym uczy, mieszkanie, które komuś wynajęła, całą czterdziestoletnią przeszłość. 
Właściwie, to wcale niczego tak bezpowrotnie nie zamyka, nie podsumowuje, nie postanawia. 
Punkt zwrotny, jeśli tak można powiedzieć, w jej życiu, miał miejsce dziesięć lat wcześniej. Wówczas  rozwiodła się i tamto zdarzenie, niczym cezura, z pewnością podzieliło jej drogę, na etap "przed" i ten, wyraźnie inny, "po". Choć czas leczy rany, pewne, nawet zabliźnione, wciąż bolą i nie dają o sobie zapomnieć.

Teraz, Joanna z córką Lusią, bez większych planów, wyjeżdżają na Pomorze do samotnej i wiekowej już cioci Zosi. Miejsce, które poznają, jest ciche, spokojne, w sam raz na wypoczynek i pisanie, na które ciągle brakowało czasu. 
Nie! Nie! To wcale nie jest takie przewidywalne... Pomimo, że dotychczasowe życie Joanny, nie było spełnieniem jej młodzieńczych marzeń, motyw przeprowadzki, nie jest tutaj "panaceum na wszelkie zło".
To tylko matka Joanny, nieustannie zamartwia się o córkę i poszukuje dla niej najlepszej partii na męża. Niefortunne poczynania i podejmowane w tym kierunku matczyne trudy, wcale nie spotykają się z wdzięcznością córki, wręcz odwrotnie, a czytelnikom stwarzają niezły ubaw.

Joanna, nabiera dystansu do tego co było i z nową energią, przez kałuże i błoto, przez mniejsze i większe przeszkody, nawet przez rzucane pod nogi kłody, prze do przodu. Nie brakuje jej trosk, wątpliwości, problemów, ma też swoje tęsknoty i niespełnione marzenia. Biegnie z tym całym bagażem. Biegnie, ale nie na oślep. Rozgląda się wokół. Z jej życiową drogą plączą się drogi innych, którzy też, z jeszcze większym trudem, podążają po swoje marzenia. 
Hospicjum, w którym Joanna podejmuje pracę jako wolontariuszka, jest szokującą konfrontacją. Trafiamy tam za główną bohaterką i razem z nią dokonujemy weryfikacji. Książkowej i rzeczywistej. 
Tutaj doświadczamy olśnienia, jak niewspółmierne z niczym są najwyższe wartości, takie jak szczęście, spełnienie marzeń, sens naszego istnienia dziś i racja jutra. I jak to wszystko , zarazem staje się względne. 
Joanna uświadomiła to sobie bardzo szybko.

Patrycja, Szpilka, Mrówka, to dziewczynki walczące z chorobą nowotworową, walczące z czasem, czekające na dawcę szpiku. Kinga o rudych włosach nie miała szczęścia. Jej "Złodziejka" skradła nie tylko marzenia.
"Złodziejka marzeń", to pierwsza część opowieści o Joannie i innych bohaterach. Tytuł idealnie trafiony. Ale to można dopiero ocenić, zapoznając się z fabułą. Nie wierzę, że tak od razu ktoś wiedział o jaką złodziejkę chodzi? Okrutna, bezwzględna, śmiertelna choroba, jakim jest nowotwór. Okrada dzieci z marzeń.  Jak się do tego mają nasze marzenia, i tych, co jeszcze mają trochę więcej czasu?

To najtrudniejszy temat poruszony przez pisarkę, choć są inne, jak tolerancja, problem samotności, relacje międzyludzkie. Tak ważne problemy zostały tutaj przedstawione w zwykłej, biegnącej swoim rytmem codzienności, miejscami smutnej, chwilami śmiesznej, czasami żałośnie absurdalnej, w takiej, jaką jest.
Poprzez zachowanie swych bohaterów, pisarka propaguje pewną filozofię życia, optymizm pomimo wszystko. I to świetnie udało się Annie Sakowicz. Umiejętnie przeplata wątki lekkie, humorystyczne z tymi o innej strukturze, trochę cięższymi, nasączonymi smutkiem, strachem, łezką, to nadaje kompozycji naturalności, czyni ją bardzo ciekawą, oryginalną. Tym zabiegiem Anna Sakowicz wypracowała swój niepowtarzalny styl. Wcześniej czytałam "Szepty dzieciństwa", gdzie podobnie, lekkie wątki, humor i żart, miały za zadanie udźwignąć, może trochę na przekór utartym nornom, te wątki o cięższej wadze wymowy, jak bieda, trudne dzieciństwo, alkoholizm. Nabieramy dystansu do pewnych spraw, do samych siebie i wszystko staje się łatwiejsze. To wielkie literackie osiągnięcie pisarki.

Teraz przeczytałam jednym tchem obydwie części "Złodziejkę marzeń" i To się da", do czego wszystkich, którzy jeszcze tego nie uczynili, gorąco namawiam. Warto poznać pełną wigoru i pogody ducha ciocię Zosię, która snuje ciekawe opowieści o swoich przeżyciach z czasu wojny i o swej powojennej, jedynej, wielkiej romantycznej, a zarazem tragicznej miłości do Henryka. I o konspiracji Joanny i jej córki Lusi w poszukiwaniach tej miłości. Czy było warto...? Przekonajcie się koniecznie.
Szklane, sympatyczne serduszko, też odegrało tutaj swoją rolę. Ja już wiem jaką. 



Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/








 


sobota, 13 lutego 2016

"Wigiline psy i inne opowieści" Łukasz Orbitowski

Okładka książki Wigilijne psy i inne opowieściAutor: Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 17 lutego 2016
Ilość stron: 480

Recenzja przedpremierowa.


  Gdy masz dziewiętnaście lat, wierzysz, że można tylko wzrastać.
                   cyt.: "Wigilijne psy i inne opowieści" Łukasz Orbitowski 



"Wigilijne psy i inne opowieści" Łukasza Orbitowskiego, to drugie wydanie zredagowane oraz wzbogacone o trzy dodatkowe teksty. Pierwsze wydanie ukazało się w 2005 roku. 

Książka laureata Paszportu Polityki 2015, 
                                                           za powieść "Inna dusza".




  Z drzewa na wzgórzu obserwowali okolice miasteczka Zimnik. Przed laty spotykali się tutaj całą swoją piątką. Przyjaciele pili wino i snuli plany na przyszłość (opowiadanie "Autostrada").
Światła przejeżdżających w oddali samochodów wzbudzały ich wielkie zainteresowanie. Migały i gasły.
Auta jechały tylko w jedną stronę.

Czy tam w ogóle jest jakaś droga...?
Ciemność. Pustka. I te głosy:
"Czy masz jeszcze coś, co mógłbym ci zabrać? Masz wolę walki? (...) Masz nadzieję? (...) Odwagę też zabiorę, jak przyjdzie mi ochota..."
Czyje to głosy? Kim są "Oni"? Jakim prawem mogą komuś wszystko zabrać i decydować o tym kim jesteś i gdzie jesteś? I że jest już  tylko jeden kierunek- w dół, w niedołęstwo. Oni są wszystkiemu winni. Trzeba się uzbroić choćby w procę, w drąg, albo lepiej w długi nóż, czy nawet w siekierę, by rozprawić się z nimi.
"Czasem jest tak, że ktoś zabiera twój talerz. Ale może to zrobić tylko dlatego, że go zostawiłeś, jak trąba na wierzchu."
Kogo więc winić za swoje porażki, niepowodzenia? Za swoje "zapętlenie"?

Takie sygnały dotarły do mnie z tej opowieści. Każdy skądś wyrusza w drogę, swą własną autostradą, po marzenia, po sukces. Czasem, tak jak Konrad, ktoś ginie bez śladu, jakby porwany prze UFO, ktoś drugi gna do przodu bez przystanku i bez przeszkód, wciąż dalej i dalej. Niektórzy zawracają, weryfikują poszczególne etapy i zaczynają wyścig od nowa. Coś przecież muszą wykombinować. Wypracować swoją pozycję. Utrzymać się na powierzchni. Można coś znaczyć, być kimś, sprzedając sterydy, robiąc przekręty na Allegro, dobijać interesów w lombardzie. Tylko te dłonie! - "Gdy patrzysz długo na dłonie, możesz zobaczyć diabła skaczącego po opuszkach".
 Byle nie być jak Rewizor Płatek ( "Serce kolei"), który "idzie i zostawia za sobą przeszłość. Gubi plany i marzenia jak drobne." I tylko "pustka w nim gości".

Każda,  z jedenastu opowieści, to osobna, fascynująca historia. Mocna, prawdziwa, jak życie.
Łukasz Orbitowski ukazał naszą polską rzeczywistość z pewnej czasowej perspektywy. Są to lata 90. ubiegłego stulecia, lata, które pisarz ma "oswojone" i w nich "czuje się mocno osadzony". Okres transformacji, to czas wielkich oczekiwań i niespełnionych nadziei. Są pomysły, gorzej z ich realizacją.
Bohaterowie "Wigilijnych psów"osadzeni są w szarym kolorycie tamtej rzeczywistości. Gdy młodzieńcze marzenia powypadały z wielkim hukiem, przez okna szarych, odrapanych gmaszysk, pozostałości po "gierkozie blokozie"), takich jak Kacper Kłapacz ("Kacper Kłapacz") i bez szans na ocalenie, roztłukły się o bruk. Kopniaki od losu są bolesne i przynoszą rozczarowanie. Pozostałe po tym czasie echo wspomnień, gra w niektórych nutką sentymentów,  gloryfikując to, co było.

W spokój dnia codziennego, wkrada się niepokój i lęk. Budzą się demony, rodzi się zło. Zło o wielu twarzach. Szaleją siły nadprzyrodzone, nieokiełznane wichury, śnieżyce, ulewy, nawałnice. Nieprzewidywalne i nieobliczalne, jak ludzka psychika. Narasta groza i strach. Bo świat jest groźny.
"Nadnaturalność jest naturalnością tego świata". Świetnie oddany stan poplątanego, chorego umysłu, zdolnego popełnić czyny makabrycznie fatalne.
Proza obyczajowa łączy się tutaj z opowieścią grozy i fantastyką. Bohaterów prześladują demony, nawiedzają duchy, ścigają potwory. Fantastyka kreśli obrazy rodem z baśni, ze starych legend, pokutujących lokalnie i wyjaśniających genezę fatalnych wcześniejszych zdarzeń. Jak śmierć taksówkarza ("Opowieści taksówkarskie"). Czy było to samobójstwo, czy zemsta zza grobu? Prawdopodobnie taksówkarz był świadkiem pobicia chłopaka przez dwóch dresiarzy z blokowisk. Na skutek obrażeń, chłopak zmarł. Dlaczego taksówkarz nie zareagował, nie wezwał pomocy? Motyw nadprzyrodzony jest przesłaniem nadziei na sprawiedliwość, moralność,  wyższość dobra nad złem   ( tytułowe "Wigilijne psy"), jednocześnie buduje napięcie, w niczym nie umniejszając realizmowi opowieści.
 Świat boleśnie prawdziwy i świat fantazji. Poszczególne elementy tych dwóch światów, przeplatają się ze sobą w wyważonych proporcjach i w określonych miejscach, co czyni fabułę wiarygodną. Głęboki przekaz przenika nas do samych trzewi, zahacza o mózg.


Wiarygodności fabule dodaje język, za pomocą którego jest skonstruowana. Oczywiste, że nie może być subtelny. Słownictwo idealnie dobrane jest do ciężkiej doli bohaterów, w pełni oddaje realistyczny obraz ich życia.
 Zatem musi być szorstki, pokaleczony, czasami wulgarny, jak rzeczywistość. Jak ludzie, którzy sami nie mogą sobie poradzić. Skarżą się, żalą, wyrażają swoje uczucia, jak potrafią. A może to ich krzyk, wołający o pomoc? Krzyk osamotnionych, niezrozumianych, zepchniętych  na boczny tor.
Pisarz, bez znieczulenia oddaje prawdziwy, zwierciadlany obraz środowisk poszczególnych bohaterów. Mam wrażenie, że jestem blisko, obok i podsłuchuję. Wszystko brzmi bardzo szczerze, autentycznie.
Łukasz Orbitowski fascynuje mnie swoim oryginalnym, solidnym stylem.
Przekazuje rzeczy ważne, bez zbędnego moralizowania. Nie osądza, nie potępia i nie daje przyzwolenia na sądzenie i poniewieranie kogokolwiek.
Doceniam zostawioną dla mnie przestrzeń, na interpretację własną, przemyślenia, które samoczynnie się nasuwają oraz na budzące się liczne refleksje.
Bo, czy to tylko wyobraźnia, fikcja, światy wymyślone?
Czy dziś nie musimy się zmagać ze swoim "Kacprem Kłapaczem", by nas nie "uwięził i nie trzymał na sznurku naszej duszy"?
Wiele już słyszeliśmy głosów o wygranych i ofiarach transformacji ustrojowej. 
"Wigilijne psy i inne opowieści" Łukasza Orbitowskiego są jednym z nich. To przejmujący krzyk.
Każdy ma swoją perspektywę, swój punkt widzenia, swój pryzmat, przez który jedni widzą pasmo sukcesów, inni puste miejsce...
Książka "Wigilijne psy i inne opowieści" Łukasza Orbitowskiego, to dla mnie pierwsze spotkanie z pisarzem i zarazem moje wielkie literackie odkrycie.
Dobrze, jeśli będzie jutro... bo "Jutro, już jutro będzie po wszystkim". Tymi słowy mogą pocieszać się najbardziej zrezygnowani i pozbawieni chęci życia...


Dziękuję Wydawnictwu SQN za możliwość  przedpremierowego zapoznania się z książką.


   Zapraszam na mój fanpage na facebooku:    https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/                                                                   

* Premiera książki została zapowiedziana na 17 lutego 2016 roku.



piątek, 5 lutego 2016

"Rodzinne sekrety" Krystyna Mirek


Okładka książki Rodzinne sekretyAutor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 13 stycznia 2016
Ilość stron: 300


    Tajemnice nie zawsze są dobre. Ucieczka od konfrontacji również. Odsuwany latami problem ma czas, żeby urosnąć , i potem przypomina wielkiego potwora.

                                           cyt.: "Rodzinne sekrety" Krystyna Mirek


Gdy już dotarła do mnie wyczekiwana druga część "Jabłoniowego Sadu" Krystyny Mirek, rozpakowywałam z niecierpliwością przesyłkę i bez zwłoki otworzyłam książkę. Tak, jakbym z wielkim impetem otwierała drzwi domu rodziny Zagórskich. Stęskniłam się bardzo za nimi i ciekawiło mnie, co u nich słychać. Bowiem "Rodzinne sekrety", to dalsze losy bohaterów pierwszej części sagi "Szczęśliwy dom". Dom z tarasem, gdzieś pod Krakowem, wśród jabłoni, to miejsce magiczne. Ze swoją specyficzną aurą, z zapachem ciasta, aromatem herbat i ziół, blaskiem świec i ciepłem bliskich sobie osób. Bajka? Sielanka? Idylla?

Zamiarem pisarki, z pewnością, nie było stworzenie obrazu arkadii, krainy wiecznej szczęśliwości, wiecznej wiosny. Żyją tu zwykli ludzie ze swoimi problemami, dzieją się wokół nich rzeczy prawdziwe i trudne.
Ale, cokolwiek by się działo w życiu każdego z nich, dom jest ostoją, miejscem, do którego każdy wraca.
Helena i Jan Zagórscy mieli właśnie obchodzić czterdziestą rocznicę ślubu. Ich cztery córki zaangażowały się w przygotowania rodzinnej uroczystości. Ale czy ostatecznie będą mogły wszystkie wziąć w niej udział?
I jak ostatecznie świętowali swoją rocznicę jubilaci? Tego dowiadujemy się już w części pierwszej.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał pierwszej części sagi "Szczęśliwy dom", a chciałby lepiej poznać rodzinę Zagórskich, to zapraszam do mojej wcześniejszej recenzji: "Szczęśliwy dom" Krystyna Mirek
 http://myslirzezbioneslowem.blogspot.com/2015/10/szczesliwy-dom-krystyna-mirek.html


Nad rodziną zawisły czarne chmury. Dosłownie i w przenośni. Burza meteorologiczna narobiła wiele strat w jabłoniowym sadzie. Najchętniej wpadłabym tam i razem z nimi sprzątała połamane gałęzie. Znam to uczucie, gdy pękają gałęzie ukochanej jabłoni, pod ciężarem owoców, albo na skutek nawałnic.
Pojawił się tam z resztą ktoś, kogo zupełnie nikt by się nie spodziewał. Nieoczekiwanie, niespodziewanie, by pomóc porządkować wieloletni sad. Niczym wieloletnią przeszłość. Bo przeszłość też czasem trzeba uporządkować.
Ale nie o wuju Alfredzie tutaj myślę. Wuj Alfred z USA, brat Jana, który przyjeżdża do kraju po latach, to osobna historia. Powrót do spraw, odkładanych przez lata, to kolejna burza w życiu całej rodziny, która poczyniła wielkie zmiany.

Tak silne zawirowania mogłyby niejednokrotnie odebrać komuś resztki sił i chęci do działania. Tutaj obserwujemy reakcję wręcz odwrotną. W obliczu tej rodzinnej transformacji, każdy motywuje się do walki. O sad, o rodzinę, o samego siebie. Nie ma mowy o bezsilności.
Wraz z czterema siostrami wypływamy z rodzinnego portu, śledzimy ich szlaki, każdej z osobna i odważne decyzje, jakie podejmują. Samodzielnie. Wcześniej nie zawsze dokonywały właściwych wyborów, błądziły, niczym stateczki narażone na sztormy, wichry, mielizny. Wychowane w ciepłej atmosferze kochających się rodziców, same nie mogły tego doścignąć.

Mniej tutaj słychać, co dzieje się u Julii i Gabrysi. Pozostają gdzieś w tle, Julia po zerwaniu zaręczyn z Ksawerym, wpadła w wir pracy i nie wiemy, czy stara miłość, która nagle przed nią stanęła, ma jakąś szansę? Gabrysia, żyje od cyklu do cyklu, z wielką nadzieją na upragnione dziecko.
Więcej dowiadujemy się o najstarszej Marysi i najmłodszej Anieli. One ostro przystąpiły do walki o swoje uczucia, marzenia, pragnienia.
Maria, po rozwodzie z Marcinem, samotnie wychowuje dwóch synów. Wciąż kocha męża i tęsknota za nim prowadzi ją drogą determinacji, by walczyć z młodszą rywalką Pauliną. Czy wygra tę walkę?
Anielka, samotna matka siedmioletniej Ani, dotąd tajemnicza, skryta, milcząca, jedzie w swej desperacji z Krakowa do Warszawy, by wyjaśnić niewyjaśnione z ojcem swego dziecka. Czy będzie chciał jej wysłuchać? Czy rodzina dowie się kim jest ojciec Ani?

Siostry były dla siebie wsparciem.  Nierozłączne, związane ze sobą, jak te cztery czereśnie w rodzinnym sadzie, których gałęzie splotły się w przyjaznym uścisku.
 Zawsze, gdy tego chciały, gdy potrzebowały, kierowały się w stronę domu, niczym do światła morskiej latarni i chroniły się w bezpiecznej przystani.
Tutaj pewne rzeczy, te najważniejsze, pozostawały niezmienne. Rodzice. Sad. Spokój. No i ciotka Marta, siostra Heleny, niezastąpiona w swych radach i w swej wyrozumiałości. Pozytywna bohaterka drugiego planu. Bardzo ważna.

Emocje, podziw, jaki wzbudziła we mnie Krystyna Mirek już wcześniej, teraz tylko wzrosły. To wszystko, co wyraziłam w swej pierwszej recenzji, odnośnie walorów języka, jak i pięknej filozofii życiowej pisarki, podtrzymuję i pogrubiam czcionkę, mogę jeszcze podkreślić. Proszę tam zajrzeć, do mojej opinii "Szczęśliwego domu", bo nie chcę się powtarzać.
Jedno zdanie jednak powtórzę: Krystyna Mirek wkradła się w moją duszę.
Czekam bardzo na trzecią część "Spełnione marzenia", pod ogólnym tytułem sagi "Jabłoniowy sad".

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


                              

niedziela, 31 stycznia 2016

"Siostry Lachman. Piękne nieznajome." Magdalena Jastrzębska

Okładka książki Siostry Lachman piękne nieznajome
 Autor: Magdalena Jastrzębska
Wydawnictwo: LTW
Data wydania: 2014
Ilość stron: 224

  Córki niebogatego, robiącego karierę w carskim wojsku pułkownika Lachmana (...) kobiety, które zdobyły zaszczytne miejsce na francuskim dworze (...)
środowiska patriotyczne właśnie u nich szukały drogi do cesarza Francuzów, by zajął się sprawą polską (...)

                             cyt.: "Siostry Lachman, piekne nieznajome"
                                         autor: Magdalena Jastrzębska



Wszystko zaczęło się od najmłodszej z sióstr Lachman, od Konstancji z Lachmanów Raczyńskiej.
Uwieczniona na portrecie przez nieznanego malarza, romantyczna, o złotych włosach, o tajemniczym spojrzeniu Konstancja, zdobi wnętrza pałacu w wielkopolskim Rogalinie. Wciąż piękna i młoda, bo zmarła w wieku zaledwie czterdziestu lat, budzi podziw i intryguje zwiedzających siedzibę Raczyńskich.
Zwróciła na siebie uwagę, szukającej tam śladów, zupełnie kogoś innego, wielkiej pasjonatki przeszłością polskich dziewiętnastowiecznych dam, Magdaleny Jastrzębskiej.
          Pamiątki po Konstancji, zgromadzone w pałacu Raczyńskich w Rogalinie, zainspirowały autorkę kilku już biografii, by przyjrzeć się bliżej wizerunkowi pięknej, tajemniczej damy i odnaleźć jej ślady, prowadzące w przeszłość.

Jakże  musi to być fascynujące, szperać, szukać, wyłuskać, odkurzając przeszłość, wybrać cenne informacje, sklejać je i tworzyć czyjś portret jak żywy. Właśnie dzięki Magdalenie Jastrzębskiej i jej niesamowitej pasji, damy z minionych epok, wychodzą z ram portretów, otwierają wrota muzeów i prowadzą nas po swoich dawnych ścieżkach.

Konstancja, wnuczka pisarza i podróżnika Jana Potockiego (jej matką była Teresa z Potockich Lachmanowa), córka pułkownika carskiej kawalerii Jerzego Lachmana, przyjaciółka poety i rzeźbiarza Teofila Lenartowicza, który obudził w niej talent poetycki, była osobą wrażliwą, romantyczną, stroniącą od życia światowego. Jej ślady zaprowadziły pisarkę do jej dwóch przyrodnich sióstr, Laury Świeykowskiej, późniejszej markizy de  Noailles i Lizy Przezdzieckiej, córek Lachmana z pierwszego małżeństwa z Eleonorą Paszkowską.

"Trzy siostry, trzy biografie, różne życiowe drogi, a jednak splecione ze sobą nie tylko więzami krwi, ale przede wszystkim prawdziwą uczuciową bliskością, ogromnym wsparciem, jakiego udzielały sobie przez całe życie".

Laura i Liza, przez swe zamążpójścia, stały się kobietami bogatymi. "Siedziały na mocnym gruncie ukraińskiego lub podolskiego czarnoziemu i cukru, który wówczas właśnie zaczynał obsypywać  nasze południowokresowe ziemiaństwo jak złoty deszcz". Laura poślubiła stolnika Leona Świeykowskiego, zaś Liza podkomorzego Karola Przezdzieckiego, posiadaczy znacznych majątków kresowych.
Królowały na salonach, począwszy od Wasylówki na Podolu u Róży Sobańskiej, przez pałac Branickich, Ogród Saski w Warszawie, aż po salony Paryża. Niewątpliwie siostry Lachman są przykładem dużego awansu społecznego. Świat stał przed nimi otworem.

Początkowo siostry krążyły pomiędzy Paryżem, Riwierą, Warszawą i Podolem, by ostatecznie Paryż wybrać na główne miejsce do zamieszkania.

Urodziwe, inteligentne, bogate, adorowane, wzbudzały podziw jednych, zazdrość i zgorszenie innych. Zarzucano siostrom światową swobodę, upodobanie do flirtów i romansowania.
Czy była to jedyna prawda o tych, niewątpliwie czarujących kobietach?
Czy potrafiły jedynie błyszczeć na salonach?
Posiadały pozycję, majątek, urodę..., ale też okazały się kobietami wielkiego serca.
Swoją wyjątkową pozycję towarzyską i znajomości wykorzystywały "umiejętnie i taktownie, nie tylko dla własnych splendorów, ale wielokrotnie dla dobra innych." Mając ogromne wpływy na dworze francuskim, nie odmawiały pomocy rodakom-emigrantom. Włączając się w najróżniejsze akcje społeczne, chętnie pomagały biednym.
Bywając na dworze cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii, czuły się wysłanniczkami w specjalnej misji wywiadowczej, biorącymi udział w rozgrywkach dyplomatycznych pomiędzy działaczami Hotelu Lambert, a cesarzem, mającym duże wpływy na arenie politycznej Europy. Bo to polski zryw, jakim było Powstanie Styczniowe w 1863 roku, miał stać się sprawą międzynarodową.
Działania pięknych Polek okazały się nieskuteczne. Choć ich działalność wypływała z pobudek patriotycznych. Możliwe, że chciały odkupić winy swego ojca, pułkownika wojsk carskich, który wcześniej wsławił się tłumieniem Powstania Listopadowego.
"Wielka polityka i alianse międzynarodowe nie były łaskawe na  urodę pięknych pań, tu liczyły się brutalne fakty i milionowe interesy."

Drugie małżeństwo Laury z markizem de Noailles'em, wprowadziło ją do jednej z najstarszych rodzin Francji i spowodowało, że cieszyła się rolą żony ambasadora najpierw w Waszyngtonie, potem w Rzymie i wreszcie w Konstantynopolu. Ówczesna prasa rozpisywała się o wielkim dyplomatycznym talencie żony ambasadora.
Życie, jakie wiodły piękne i bogate kobiety tamtej epoki, w jakimś stopniu było im zapewnione, dane przez los, w pewnym momencie same sięgały po to, co dla wielu było nieosiągalne. Czy dawało im to poczucie szczęścia? Jakimi były żonami, jakimi matkami, czy pragnęły czegoś więcej? Materiał dostarcza wielu wątków z ich życia, charakteryzuje je wnikliwie, sięga głęboko do korzeni, do przodków, którzy niewątpliwie wywarli wpływ na ich osobowości.

Najmniej, światowe, salonowe życie, pociągało najmłodszą z sióstr Konstancję. Nawet, gdy przebywała w Paryżu, wolała w ciszy pisać wiersze, uczyć dzieci swoich sióstr języka polskiego i marzyć. Marzyła przez dwanaście lat o swojej wielkiej, jedynej miłości. Skrycie wzdychała do swojego wuja Rogera Raczyńskiego. W końcu, mając dwadzieścia osiem lat, poślubia go. Szczęście trwało zaledwie dwa lata. W dwa lata po ślubie, jej mąż, jej "Słońce", jak go nazywała, w wieku czterdziestu  dwóch lat, umiera na tajemniczą chorobę, prawdopodobnie na cholerę.

Barwne życie sióstr Lachman. przeplata się z ważnymi wydarzeniami tamtych czasów, naświetla wyraźnie rys historyczny, kulturalny i obyczajowy. Jestem pod ogromnym wrażeniem, już kolejny raz, czytając książkę Magdaleny Jastrzębskiej, jej umiejętności zbudowania kompozycji swoich prezentacji, produkcji literackich. Wyszukane w archiwalnych źródłach fakty, informacje, zapisane w ówczesnej prasie, kronikach, pamiętnikach, listach, rzetelnie, subtelnie splata w jeden fascynujący obraz epoki, w jedną fascynującą opowieść.
 Każda cytowana opinia o bohaterkach, podparta jest materiałem źródłowym. Podziw wielki budzi we mnie ogrom wykonanej mrówczej pracy, koronkowa robota i przecudna pasja. Materiał biograficzny opisowy, wzbogacony jest bezcennym materiałem ikonograficznym: - fotografiami, zdjęciami odpisów dokumentów, ilustracjami architektury, rzeźb, portretów, bogatych wnętrz, co stanowi  dodatkowy walor tej prezentacji. Dzięki książkom Magdaleny Jastrzębskiej, mogę odbyć podróż w niezwykłe miejsca dziewiętnastowiecznej Europy, znane z historii i bliżej poznać ludzi, o których,wprawdzie, każdy z nas słyszał, ale pamiętamy zaledwie niektóre nazwiska. To bezcenna, pouczająca, pełna wrażeń, podróż w zapomnianą, a fascynującą przeszłość. 

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/