niedziela, 31 maja 2015

"Jeszcze jeden dzień"- Mitch Albom

Okładka książki Jeszcze jeden dzień Autor: Mitch Albom
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 22 maja 2014
Ilość stron: 217


    Prawda jest taka, że nie ma żadnej granicy. Jest tylko nasze życie, to, jak je niszczymy i kto jest przy nas, by nam pomóc. A kogo nie ma.



        Życie Charls'a Bernetta, Chicka, jak go wszyscy nazywali, straciło sens. Pustka. Tęsknota. Samotność. Przypadkowe spotkanie na boisku bejsbolowym, w jego rodzinnym mieście, daje początek opowieści, która zostaje wysłuchana. Powierniczką jego staje się młoda pisarka, która niespodziewanie znalazła się w tym samym, co on miejscu.

Chick stracił wszystko, co miał najcenniejszego na tym świecie. Nie grał już w bejsbol. Przez swą naiwność źle zainwestował wszystkie oszczędności. Popadł w alkoholizm. Stracił żonę i córkę, bo nie chciały być z nim ani dnia dłużej. Około dziesięciu lat temu zmarła jego matka.Ona, z pewnością wskazałaby mu odpowiednią drogę. Zapytałaby, jak zawsze: "No, Charley, co cię gryzie?" Ojciec, może, pomógłby mu przedsięwziąć jakiś plan, bo plan na życie, to podstawa. Ale ojciec już dawno temu wybrał drogę , w przeciwnym do swojej rodziny, kierunku.

Nikomu już na nim nie zależało. Wstydzą się go. Jedyna córka nie chce go widzieć w dniu swojego ślubu. Przepaść. Czarna dziura. Marność. Czujesz "jakby zatrzasnęły się za tobą stalowe drzwi; Walisz w nie, ale nikt cię nie słyszy." To moment, kiedy człowiek chce umrzeć! Tak czuł Chick. Ale przedtem musi wrócić do miejsca, gdzie był jego początek, do miejsca jego urodzenia. Gdzie wzrastał, gdzie z chłopakami wspinał się na wieżę ciśnień, gdzie uczył się grać w bejsbola. Postanowił, że miejsce jego dzieciństwa będzie odpowiednim miejscem na jego kres. Zakończy się jego wędrówka. Zamknie koło. 

Nigdy nie można zapominać o miejscu swego urodzenia. To miejsce magiczne, posiadające cudowną moc. Tam tkwią przez cały czas cienie postaci, które spotkaliśmy na swojej drodze, tam krąży ich energia i dźwięczą słowa wypowiedziane przez nich kiedyś. Tylko z czasem nabierają treści, mądrości i znaczą dla nas o wiele więcej. Trafiają głębiej. Do tego wszystkiego Chick chciał powrócić. Kierował go tam głównie żal do siebie samego. Żal, z którym przez te wszystkie lata, nie mógł sobie poradzić. Kiedy zmarła jego matka, nie było go przy niej. Znalazła ją Maria, jego czternastoletnia wówczas córka. Jaki musiała przeżyć szok!? Dręczyło go to nieustannie. I słowa córki, wyszeptane mu do ucha nad grobem matki: "Przykro mi, że nie miałeś okazji się pożegnać, tato." Słowa te dźwięczą mu w uszach, głowie, w sercu i w duszy...

I jeszcze te straszne słowa, które usłyszał przez telefon: "Twoja matka... Zmarła." Takie słowa "są zbyt wielkie, by zmieścić się w uszach... robią dziurę, by zmieścić się w mózgu... rozdzielają cię na pół." 
Tak bardzo pragnął pobyć z matką ten "jeszcze jeden dzień." Powiedzieć jej to, czego nie zdążył.
Znalazł się w miasteczku Pepperville Beach, wraz ze swą tęsknotą, ze swoimi wspomnieniami, z matką, z wszechogarniającą ciszą. Cisza ma swoją wymowę. W ciszy słychać lepiej. Bo co sprawia, że powstaje echo?- "Utrzymywanie się dźwięku po tym, jak jego źródło ucichnie i słyszymy je właśnie wtedy, kiedy jest cicho i inne dźwięki zostają pochłonięte."

"Gdzieś pomiędzy tym życiem, a następnym", Chick znalazł ten jeszcze jeden dzień, którego tak mu brakowało. Był ze swą matką bardzo blisko. Rozmawiał z nią. Wspominał... Ten dzień pozwolił mu lepiej poznać, nie tylko swoich bliskich, ale i siebie samego.
"Jeśli ktoś jest w twoim sercu,nigdy tak naprawdę nie odchodzi. I może do ciebie wrócić , nawet w mało prawdopodobnych sytuacjach."

Pisarz Mitch Albom, spod którego pióra wyszła powieść "Jeszcze jeden dzień", a wcześniej "Zaklinacz czasu", "Pierwszy telefon z nieba", często wskazuje swoim czytelnikom to szczególne miejsce, gdzie przenikają się dwa światy, ten obecny i ten nieznany.


Ostatnia powieść tego bestsellerowego pisarza "Jeszcze jeden dzień", to nieduża książeczka z wielkim przesłaniem. Wzbudza głębokie refleksje, skłania do zajrzenia w głąb siebie, dostarcza niezapomnianych doznań. To książka cenna dla każdego. Bo każdy z nas jest, jeśli nie matką, rodzicem to na pewno czyimś dzieckiem. Polecam tę opowieść, jeszcze w atmosferze świętowania Dnia Matki i Dnia Dziecka, ale nie tylko. To książka na każdy zwykły dzień, bo to one, te szare dni, decydują, co tak naprawdę dzieje się w naszych sercach podczas świętowania jeden, dwa dni do roku.
  A w każdej opowieści jest coś niezwykłego, znaczącego, zarówno dla osoby, która ją opowiada, jak i dla tej, co jej słucha... Zapewniam Was o tym...


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem

poniedziałek, 25 maja 2015

WYNIKI KONKURSU NA RECENZJĘ MIESIĄCA MAJA :)

WYNIKI KONKURSU NA RECENZJĘ MAJA:

W konkursie na recenzję miesiąca maja wygrywa recenzja książki Ewy Ludkiewicz "Siedem lat w więzieniu", nadesłana przez Annę, autorkę bloga: Moje zaczytanie. Serdecznie gratuluję i zapraszam do lektury.                            
Autor: Ewa Ludkiewicz
Wspomnienia, autobiografia
Data wydania: 2011
Ilość stron: 205



       

O tym jak pozostać człowiekiem w nieludzkich warunkach.......Ewa Ludkiewicz " Siedem lat w więzieniu"





    Nareszcie nadszedł ten dzień, trzydziesty pierwszy grudnia. Zaprowadzono mnie do budynku administracji, tym razem nie do pokoju fryzjerskiego, a do jakiegoś innego. Nie pamiętam szczegółów, jedynie ostateczny wyrok : siedem lat! Było tam jeszcze sporo o jakichś utratach praw, ale mało mnie to interesowało - siedem lat! Mój Boże! Dziewczyny dostawały dożywocia, piętnaście lat, dziesięć lat! A ja siedem! Siedem to prawie nic w porównaniu z innymi. Byłam wprost uradowana, wierzyłam w jakąś amnestię, zmniejszenie wyroku! A może będę siedzieć tylko trzy lata? Wytrzymam![*]

Tak wspomina Ewa Ludkiewicz w swej książce 31 grudnia 1948 roku,  dzień który zakończył jej niecierpliwe i pełne obaw oczekiwanie w więzieniu na Mokotowie na to, jak zakończy się prowadzone w jej sprawie śledztwo, i jaki wyrok otrzyma w związku z oskarżeniem jej o współudział w szpiegostwie. 

       W 1948 roku Ewa Ludkiewicz miała 25 lat, studiowała w Warszawie i przygotowywała się do pierwszych egzaminów, nawet nie przypuszczając, że gdy 6 czerwca odwiedzi razem z bratem jego szkolnego kolegę, Władysława Śliwińskiego, obydwoje zostaną aresztowani i przyjdzie im długie lata spędzić za murami ubeckich więzień. A tak się niestety stało i ta książka, którą dostałam - opatrzoną autografem autorki - od miłego książkowca jest niezwykłym zapisem jej wspomnień, wspomnień, które pozwoliły mi zapoznać się z niebywale trudnymi pod każdym względem warunkami, w jakich więziono w czasach stalinowskich więźniów politycznych, i z nieludzkim traktowaniem, jakie musieli znosić. Wspomnień tak realistycznych, że mogłam zaglądnąć do każdej celi, w której przebywała w areszcie śledczym na Mokotowie, czy już po wyroku w Fordonie i wejść w  położenie kobiet, które żyjąc latami w ciasnocie a bywało potwornej, pozbawione elementarnych środków do godnego życia  i nawet wzrokowych kontaktów ze światem zewnętrznym starały się jak tylko potrafiły dostosowywać do życia pozbawionego nawet minimum intymności i zachować swą ludzką godność, z której je bezwzględnie codziennie odzierano.Wspomnień, które poruszyły mną do głębi obrazem szarej, przepełnionej nostalgią nie tylko za rodziną, ale tak w ogóle za światem zewnętrznym wieloletniej więziennej  codzienności, ale również tym jak Ewa Ludkiewicz dzięki pokładom życzliwości dla innych potrafiła się, na ile to było możliwe, zaadaptować w warunkach, w jakich przyszło jej bytować, nawiązywać przyjaźnie a nawet tworzyć wiersze, które z braku możliwości ich zapisywania musiała zapamiętywać.
            
              A  o tym jaka ta książka jest i dlaczego potrafi sprawić, że czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem  od początku do końca   najlepiej świadczy ten oto fragment ze wstępu do niej napisanego przez Barbarę Otwinowską :

    Wspomnienia więzienne Ewy Ludkiewicz mają szczególny walor bezpośredniości i autentyzmu. Wyobraźnia ludzi z "wolnego świata" skłonna jest widzieć życie więźniów politycznych tamtego czasu jako pasmo nie tylko udręk i szykan, ale przede wszystkim straszliwej monotonii i beznadziejności, degradującej osobowość człowieka. Trudno polemizować z taką wizją, jest w niej bowiem jakaś część prawdy. Ale drugą jej część, tę, której z zewnątrz nie można sobie dopowiedzieć, ujawniają strony tej książki. Okazuje się, że w sytuacji "człowieka myślącego", mającego dar żywej obserwacji, wiernej pamięci a przy tym zmysłu humoru pozwalającego na dystans i wobec tamtej rzeczywistości, i wobec własnej osoby - a takim człowiekiem jest Autorka tych wspomnień - obraz siedmiu więziennych lat nie emanuje nudą, której czytelnik mógłby się spodziewać.[**]

         Ewa Ludkiewicz nie epatuje w swych wspomnieniach czytelnika strasznymi opowieściami z przesłuchań, gdyż sama nie doświadczyła tortur a o torturach stosowanych wobec innych nie rozmawiano ze względu na godność tych osób. Oczywiście opowiada o strachu jaki przeżywała w areszcie śledczym, gdy nie wiedziała co ją na przesłuchaniach może czekać, ale przede wszystkim snuje wspomnienia o tym jak w takich warunkach organizowała sobie ona i inne więźniarki czas, by nie oszaleć od jego nadmiaru. A to dotyczyło wielu miesięcy aresztu, bo w Fordonie już pracowała a praca chociaż ciężka, wyniszczająca stawała się w tych warunkach mimo wszystko jakimś  błogosławieństwem, bo pozwalała wyjść z ciasnej, dusznej celi i nawiązywać kontakty poza nią. Tęsknota za światem zewnętrznym, za możliwością zobaczenia skrawka nieba była u niej tak ogromna, że mogła wszystko znieść, by w Fordonie móc chociaż na chwilę usiąść na parapecie okna korytarza i sycić się widokiem Wisły, o której napisała piękny wiersz tak się zaczynający : 

Wisło, poezjo moich dni
Pośród wiosennej drzew zieleni
Twa woda w słońcu blaskiem lśni
I brylantami nam się mieni.[***]

      Pisząc swe wspomnienia Ewa Ludkiewicz sięgała do listów pisanych z więzienia do matki, o których tak wspomina :

Z ich lektury wynikać by mogło, że pobyt w Fordonie przedstawiał się jako pasmo spokojnych dni, spędzanych na przyjemnej pracy, wypoczynku, spacerach, lekturze i rozrywkach, takich jak kino czy amatorski teatr organizowany przez koleżanki. Trochę jest w nich słów o tęsknocie i o nadziei na rychłe spotkanie na wolności. Właściwie to, co pisałam, było prawdą, wszystkie te przyjemne chwile zdarzały się czasem, jednak nie pisałam o innych sprawach, o codziennym udręczeniu ciasnotą w celach, chłodem w zimie, zaduchem w lecie, o nędznym jedzeniu, o zmęczeniu ogłupiającą fizyczna pracą i o poczuciu zmarnowanych dni, miesięcy, lat. Bez nauki, bez budowania przyszłości, bez kontaktu z ludźmi, z normalnym życiem, o skrywanej głęboko tęsknocie za miłością, za założeniem własnej rodziny. A jak cierpiały te, które oderwano od dzieci, mężów, czy narzeczonych! O tym w listach nie ma śladu.[****]

       Tak mogła bym pisać i pisać prawie bez końca o tej książce, którą  Ewa Ludkiewicz poruszyła mnie do głębi poszerzając równocześnie moją nikłą do tej pory wiedzę o losach kobiet, więźniów politycznych w czasach, gdy w naszej Ojczyźnie szalał stalinowski terror. 
To znakomita i ważna lektura wspomnieniowa a na dodatek napisana takim językiem, który sprawił, że czytałam ją jednym tchem a  po jej przeczytaniu moje spojrzenie na wiele spraw, które do tej pory wydawały mi się istotne zmieniło się.
Bo czyż można sobie wyobrazić wieloletnie życie pozbawione wszystkiego, gdy Twoją własnością są tylko metalowe miska i łyżka i to co masz na grzbiecie. 

             Kto sięgnie po tę książkę z pewnością nie pożałuje swego wyboru.

_______________________________________________________________________
 Ewa Ludkiewicz - urodzona w Warszawie w 1923 roku, córka Zdzisława Ludkiewicza, ekonomisty rolnego, profesora polityki agrarnej SGGW, który uczestniczył w organizowaniu administracji niepodległej Polski a w rządzie Władysława Grabskiego był ministrem reform rolnych. W czasie okupacji hitlerowskiej uczęszczała do średniej szkoły rolniczej, gdzie zdała małą maturę.Po śmierci ojca podjęła pracę w Skierniewicach w Majątku Doświadczalnym SGGW. Po zakończeniu wojny Ewa z bratem i matką przeniosła się do posiadłości Ludkiewiczów w Milewku na Pomorzu. Po wyjściu z więzienia wyszła za mąż. Mieszka obecnie w Gdańsku, gdzie należy do Związku Byłych Więźniów Politycznych.

Władysław Śliwiński -  bohaterski pilot bitwy o Anglię, wrócił do kraju a tu został oskarżony o bycie agentem i stracony w 1951 roku.


* Ewa Ludkiewicz,"Siedem lat w więzieniu.1948-1955",wyd.BiT,wyd.II,2011 r.str.63
** tamżę, B. Otwinowska -  wstęp, str.5
*** tamże, str.131
****.tamże, str.102


________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi.....

środa, 20 maja 2015

"Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej."- Magdalena Jastrzębska

Autor: Magdalena Jastrzębska
Wydawnictwo: LTW
Data wydania: 2015
Ilość stron: 256


     ...żyła ujmując wszystkich, co się do niej zbliżyli wielką dobrocią i szlachetnością uczuć, zadziwiając niezwykłą w późniejszym wieku świeżością umysłu, podsycanego lekturą i rozległą korespondencją, czarem rozmowy, która zdaje się być tajemnicą coraz rzadszą w naszym społeczeństwie. Zawsze uprzejma, swobodna i o drugich myśląca, cierpienia i przeciwności losu znosiła z pogodą budującą...

fragment z gazety krakowskiej "Czas"-
 cyt.: "Listy z Kresów"- Magdalena Jastrzębska

                  
                      Przewracam ostatnią kartkę książki. Zamykam ją, ale nie odkładam. Wracam do wizerunku z okładki i patrzę na twarz dwudziestoletniej wówczas kobiety o subtelnej urodzie, o kasztanowych włosach z opadającymi na odkryte ramiona lokami-anglezami. Bije od niej "jakiś urok prosty rozumu i uczciwości", jak mówiła sama o sobie, nie zauważając gładkich rysów swej urody.

To portret olejny Józefy Moszyńskiej Szembekowej, bohaterki najnowszej książki historyczno-biograficznej "Listy z Kresów" autorstwa Magdaleny Jastrzębskiej.
Zwróciłam uwagę, że to właśnie dziś, 20 maja przypada rocznica śmierci Józefy Moszyńskiej, która zmarła 20 maja 1897 roku. Minęło już sto osiemnaście lat. I taka naszła mnie refleksja, czy ta kobieta pomyślała kiedyś przez chwilę, że za wiek cały to właśnie jej życie zainspiruje kogoś do napisania książki, opowieści z życia jej rodziny, a ta, z wielkim zainteresowaniem będzie czytana przez następnych? Czy marzyła o tym? Czy analogicznie, za kolejne tyle lat, życie współczesnych nam kobiet będzie dla kogoś równie intrygujące?

   "Listy z Kresów" to opowieść niezwykła, ukazująca nie tylko postać tej konkretnej kobiety, ale również epokę, w której żyła, wraz z panującymi wówczas obyczajami, tłem historycznym i ważnymi wydarzeniami. Podróżujemy w czasie i razem z bohaterką poznajemy kolejne miejsca, wielkie majętności Moszyńskich, położone na Wołyniu i urodzajnym Podolu. Szczególnie bliskie były jej Berszada, Dolsk, Ujście i Lewada, z którymi związała swe życie.

Józefa była właścicielką wielkiej fortuny. Jej ojciec Piotr Moszyński za swą patriotyczną, konspiracyjną działalność, rozkazem Wielkiego Księcia Konstantego, został aresztowany i zesłany na Sybir. Kara "śmierci cywilnej" odbierała mu wszelkie prawa w Rosji. Swój majątek przepisał wówczas na córkę. Jaką była córką? Jak silne więzi łączyły Józefę z ojcem? Jakie relacje miała ze swoją matką? Kto miał wpływ na jej wychowanie? 

Bogatym źródłem informacji, gdzie można znaleźć odpowiedź na te i na inne pytania, stanowią między innymi listy, jakie pisała Józefa głównie do swojego ojca, ale również do innych członków rodziny, przyjaciół. Listy te odkrywają jej bogate wnętrze, jej wrażliwą duszę. Duszę jeszcze dziecięcą, bo miała zaledwie sześć lat, gdy ojca "Moskale zabrali" i łączyła się z nim drogą korespondencji, czekając na odpowiedź nawet kilka miesięcy. Później, gdy powrócił, zamieszkał ostatecznie w Krakowie, pisała mu o swoim dorosłym życiu. Epistolograficzna skarbnica wiedzy. Kiedyś, to się listy pisało. Zawierały one emocje, uczucia, wyznania, fascynacje, obawy, myśli wszelkie. Można było wyczytać z nich znacznie więcej, niż nadawca w nich zawarł.

Dwudziestoletnia panna Moszyńska, dziedziczka milionowej fortuny, cieszyła się wielkim zainteresowaniem konkurentów. Jej wybór nie był podyktowany głosem serca. Bowiem wielką sympatią darzyła księcia Romana Sanguszkę, ale za niego nie wyszła. Jakie były przeszkody na drodze do ich wspólnego szczęścia? Dlaczego książę nie poczynił żadnych oficjalnych kroków w sprawie ich przyszłości?
Zaś ślub Józefy z Józefem Szembekiem, synem przyjaciela jej ojca, był niejako wynikiem pewnego warunku, jaki Józefa postawiła sama sobie,w trudnych rodzinnych okolicznościach. I zgodnie z danym słowem wywiązała się ze swego ślubowania.

Bogactwo, jakie Józefa wniosła w posagu urastało do rangi królewskiej. Były to dobra ziemskie na Wołyniu, na Podolu, na Pobereżu, pobudowane cukrownie, biżuteria Moszyńskich wraz z brylantami pochodzącymi jeszcze od hrabianki Cosel. Geneza wielkiego majątku Moszyńskich ma swoje początki na dworze saskim. Kiedy to Fryderyka Cosel, jedna z trzech córek Augusta II Sasa i jego faworyty Anny hrabiny Cosel, poślubiła Jana Kanty Moszyńskiego. Był to iście intratny mariaż dla średniozamożnej rodziny Moszyńskich i wielki też awans społeczny.

A teraz ślub Józefy Moszyńskiej z Józefem Szembekiem. I ogromna jej fortuna. Na jak długo im wystarczy...?
Józefa, choć nie poszła za głosem serca, była oddaną, lojalną żoną i kochającą matką ich dzieci. Dużo podróżowała po Europie, bywała w Paryżu, ale nigdy nie była "damą salonową". Dbała o innych, działała charytatywnie. A mąż... ? Wszyscy wokół lepiej go znali, więcej o nim wiedzieli, niż ona... jego żona. Lojalna. Oddana. Uległa. Czy przez taką postawę chciała odkupić winy matki? Przed laty jej matka Joanna Moszyńska porzuciła swego męża Piotra, zesłańca i związała się z oficerem rosyjskich huzarów Stanisławem Jurjewiczem. Jej matka była kobietą łagodną, apatyczną, łatwowierną, aż naiwną. Czy zdolna była do samodzielnej decyzji odejścia od męża i to w chwili, gdy uzyskała długo oczekiwaną przez nią i przez córkę zgodę na podróż  do męża do Tobolska? Czy może padła ofiarą silnej intrygi? Komu mogło zależeć aż tak bardzo na takim właśnie jej życiowym wyborze?

Po latach bieg tamtych wydarzeń- rozstanie się rodziców Józefy, jak również związek jej matki z Jurjewiczem, był inspiracją dla Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania " Noc czerwcowa", przerobionej później dla Andrzeja Wajdy na dramat o tym samym tytule.
Każda opowieść powstaje na skutek fascynacji, inspiracji, na skutek pewnych przemyśleń.
Pisarka Magdalena Jastrzębska wykonała mrówczą pracę przeglądając archiwalne źródła informacji, czytając długie, kilkunastostronicowe listy, by jak najwierniej ukazać nam postać Józefy i innych fascynujących osób z tamtych czasów. Magdalena Jastrzębska z wielką pasją bada historię polskich rodów arystokratycznych, szuka ich dawnych ścieżek, chadza alejkami, traktami, gościńcami, by nakreślić jak najwierniej  literacki portret polskich dam żyjących w XVIII i XIX stuleciu, by ocalić je od zapomnienia.

Pomimo zrębu czasu, tamte historie ożywają emocjami tamtych ludzi. Sposób, w jaki Magdalena Jastrzębska opowiada, nadaje jej opowieści szczególny koloryt, charakter. Bohaterowie stają się ludźmi z krwi i kości. Stają się nam bliscy. Patrzymy na nich nie przez pryzmat marmuru, czy fotograficznej sepii, a poprzez ich uczucia, rozterki, radości, pragnienia. Dzięki Magdalenie Jastrzębskiej są wciąż żywe, niczym muszki zastygłe w bursztynie.


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem

                    

wtorek, 12 maja 2015

"Zegarek z różowego złota"- Richard Paul Evans

Okładka książki Zegarek z różowego złota
Autor: Richard Paul Evans
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 3 lipca 2013
Ilość stron: 224


       Jakże szybko pruje się materia naszego życia. Chronimy się pod gobelinami utkanymi z naszych marzeń i złudzeń, a okrutna rzeczywistość rozrywa je na strzępy. Rozpacz to bezlitosna nauczycielka.

    
                                                            cyt.: "Zegarek z różowego złota"- Richard Paul Evans

                    
        Upływający czas...
Każdy, w jakimś momencie swego życia, zauważa, że mija on bezpowrotnie. Dopiero na coś czekamy. Coś będzie... I już jest... Za chwilę... było... Jaki jest tego sens? Przemijanie. Chcemy zostawić po sobie ślad.
W miarę swoich możliwości, uwiecznić się. Pobudować, zapisać, wyryć...
Pozostawione dzienniki, pamiętniki, zapiski, gdzieś w zakamarkach naszych domów. Nikt nie wie, jaką i dla kogo będzie stanowiło to wartość. Pozostają sprzęty, meble, stare zegary. Nasiąkają nami. Niektóre mają duszę...

  Richard Paul Evans, to nazwisko z listy pisarzy, które mówi samo za siebie. Pierwszą swą powieść "Najcenniejszy dar", wydał za własne pieniądze, w nakładzie dwudziestu egzemplarzy. Czytelnicy przekazywali ją sobie z rąk do rąk. Książka trafiła do wydawcy, by szybko znaleźć się na szczytach list bestsellerów. Tam też trafiała każda następna jego powieść.
Ostatnia, "Zegarek z różowego złota", to piękna opowieść, wzruszająca do łez, którą gorąco polecam. Jeśli chodzi o czas, to niewiele trzeba go przeznaczyć. Jeden wieczór. Ale pozostanie na długo.

  Narrator snuje swą opowieść w przeddzień ślubu swojej córki Jenny. Ma dla niej prezent. Przekazany, przeznaczony od lat. Dziewiętnaście lat wcześniej narrator wraz z żoną Keri i maleńką Jenny, mieszkali u wdowy Mary-Anne Parkin. Kobieta krótko przed śmiercią powierzyła jego pieczy zegarek. Piękny zegarek z różowego złota. "- W przeddzień ślubu Jenny-powiedziała, a jej głos drżał tak samo jak ręka, którą podała mi cenną pamiątkę-daj to jej za dar."
Niezwykły dar ślubny. Czasomierz, który dla Davida i Mary-Anne Parkinów, miał największą wartość uczuciową. Co stanowiło o tej wartości?
  Pierwszy i dwunasty rozdział powieści, to refleksje narratora snute w pierwszej osobie, spinające w klamrę niezwykłą opowieść o ludziach zupełnie jemu obcych, których już nie ma, a z którymi tak silnie jest związany.
Fabuła przenosi nas do Stanów Zjednoczonych z początku XX wieku, do miasteczka Salt Lake City, w czasy narodzin wielkiej fortuny jednego z wielu szanowanych amerykańskich rodów, rodziny Parkinów.
Do firmy milionera Davida Parkina trafiła poszukująca pracy w charakterze sekretarki Mary-Anne Chandler.
Dziewczyna skromna, ceniąca pracę, inteligentna, pełna zalet. Z czasem rodzi się uczucie. Miłość na zawsze. Czy za prawdziwe, wielkie uczucie trzeba zawsze ponieść jakąś cenę? Aż tak wielką?
"Czy w życiu zaznajemy szczęścia jedynie po to, by lękać się, że nas opuści? Ceną szczęścia jest ryzyko jego utraty."

 Richard Paul Evans potrafi mówić o miłości w niezwykły sposób. Potrafi pokazać rangę, moc tego najwyższego z uczuć. Miłość i przyjaźń silniejsze są od lęku o własne życie. Swoją twórczością pisarz temu dowodzi. Nie jest też obojętny na ogromną niesprawiedliwość społeczną, jaka ma miejsce w momencie bogacenia się jednych kosztem drugich. Wyraźnie zarysowuje ten problem postać przyjaciela Davida- murzyna Lavrance'a i jego niedola.
Równość społeczna!? Sprawiedliwość!? Jaka jest cena tych wartości?

 Evans opisując fascynującą historię swoich bohaterów, pozwala czytelnikowi, a wręcz skłania go, by spróbował znaleźć się w podobnej sytuacji, by spróbował podjąć równie trudną decyzję lub chociaż zastanowił się jak sam by postąpił? Twórczość Evansa jest po to, by się w niej przejrzeć. Każdy kiedyś cierpi, ponosi straty, odczuwa ból. Trzeba dalej iść... Znaleźć sens. A to nie jest łatwe. Gdy "nie jesteśmy zdolni już do radości, tylko, by unosić się na fali codziennych zdarzeń."
Stawiamy sobie pytania. Szukamy na nie odpowiedzi. Gdy ktoś nas skrzywdzi, zrani okrutnie, do czego jesteśmy zdolni? Co czujemy? Co nami kieruje? Co okaże się silniejsze od nas samych? Zemsta? Nienawiść? Wybaczenie?
Jeżeli w życiu zostaje nam odebrane to, co było dla nas bezcenne, czy wolelibyśmy tego nie mieć wcale, nigdy, czy , pomimo bólu... braku ukojenia... jednak chociaż na chwilę to posiadać?

"Są w życiu chwile, jak się zdaje, stworzone w kosmicznym teatrze, podczas których jesteśmy poddawani niezwykłym sprawdzianom."


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem

    

piątek, 8 maja 2015

KONKURS NA RECENZJĘ MAJA




Napisz recenzję i weź udział w KONKURSIE NA RECENZJĘ MIESIĄCA!

W MAJU do wygrania książka Shauna Ushera pt. „Listy niezapomniane”






Zwycięska recenzja będzie pod koniec roku brać udział w konkursie na RECENZJĘ ROKU wraz z innymi zwycięskimi recenzjami z poszczególnych miesięcy!

NAPISZ RECENZJĘ, WYŚLIJ I WYGRAJ NAGRODĘ!

Zasady konkursu:
1. Aby zgłosić recenzję do konkursu, należy przesłać recenzję dowolnej książki do 24 maja 2015 r. na adres mailowy: myslirzezbioneslowem@gmail.com (temat wiadomości: KONKURS NA RECENZJĘ) wraz z imieniem i nazwiskiem osoby zgłaszającej. Jeden uczestnik może wysłać jedną recenzję w danym miesiącu - każda recenzja może być zgłoszona tylko raz do konkursu i nie będzie mogła brać udziału w kolejnych konkursach na recenzję miesiąca.

2. Do konkursu zostaną zakwalifikowane recenzje spełniające wymogi konkursowe (patrz pkt. 7). W jednym miesiącu zakwalifikowanych do konkursu może zostać maksymalnie 5 recenzji. Jeżeli zostanie nadesłanych więcej recenzji, zakwalifikowanych zostanie 5 recenzji, które będą wyróżniały się wysokim poziomem i będą według mnie najciekawsze.

3. Recenzje zostaną jednocześnie opublikowane 25 maja 2015 r. na blogu Myśli rzeźbione słowem w zakładce "KONKURS NA RECENZJĘ MIESIĄCA".

4. W konkursie zwycięży recenzja, która od momentu opublikowania zakwalifikowanych recenzji, do 30 maja (włącznie) uzyska najwięcej polubień na Facebooku (przycisk "lubię  to" znajduje się pod każdą konkursową recenzją). Najlepszą recenzję wybierają więc sami czytelnicy! Zwycięska recenzja będzie pod koniec roku brać udział w konkursie na RECENZJĘ ROKU wraz z innymi zwycięskimi recenzjami z poszczególnych miesięcy.
Aby kliknięcia były naliczane, powinny być dokonane ze strony bloga Myśli rzeźbione słowem (wtedy mamy 100% pewność, że działa licznik polubień :).

5. Jeżeli zostanie nadesłanych mniej niż 3 recenzje, zwycięzca będzie wybierany przeze mnie - według kryterium poziomu i jakości recenzji.

6. Autor/Autorka zwycięskiej recenzji otrzyma nagrodę książkową ufundowaną przez wydawnictwo Sine Qua Non.

7. Wymogi konkursu:

a. Recenzję można wysłać w formie pliku (doc) lub linku / jeśli recenzję zgłasza bloger to może być ona wysłana za pomocą linka do danego bloga, z podaniem imienia i nazwiska osoby zgłaszającej (jeśli autor recenzji nie życzy sobie ujawniania swoich danych osobowych to proszę wskazać "blogowy" pseudonim, który ma być ujawniony pod konkursową recenzją natomiast imię i nazwisko pozostanie do wiadomości organizatora. W przypadku blogerów, zgłoszona recenzja zostanie skopiowana na bloga Myśli rzeźbione słowem, jako recenzja konkursowa.
b. Recenzja musi być autorstwa osoby zgłaszającej ją do konkursu, nie może naruszać cudzych praw autorskich. Organizator nie odpowiada za ewentualne naruszenia praw przez uczestników konkursu.
c. Recenzja nie może zawierać wulgaryzmów, treści obraźliwych etc.
d. Recenzję należy wysłać na adres mailowy: myslirzezbioneslowem@gmail.com (temat wiadomości: KONKURS NA RECENZJĘ)
e. Uczestnicy konkursu wyrażają zgodę na publikowanie ich recenzji oraz danych osobowych: imienia i nazwiska bądź pseudonimu.
Bieżące informacje na temat konkursu publikowane będą na fanpage'u bloga: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem

W związku z powyższym zapraszam do polubienia strony, jak i zostania członkiem bloga Myśli rzeźbione słowem!

Powodzenia!

Partner konkursu:





Nagrody fundowane wydawnictwo SQN można nabyć również za pośrednictwem księgarni internetowej: http://www.labotiga.pl/


piątek, 1 maja 2015

WYNIKI KONKURSU NA RECENZJĘ KWIETNIA

WYNIKI KONKURSU NA RECENZJĘ KWIETNIA:

Okładka książki Rozwiązła
Autor: Jarosław Kamiński
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 18 stycznia 2012
Ilość stron: 544


W KONKURSIE na recenzję miesiąca kwietnia wygrywa recenzja książki "ROZWIĄZŁA" Jarosława Kamińskiego, nadesłana przez Jolantę Domagałę.     Serdecznie gratuluję i zapraszam do lektury.

Recenzja Konkursowa nr 2

Recenzja „Rozwiązłej” Jarosława Kamińskiego

autor recenzji: JOLANTA  DOMAGAŁA


Powieść p.t. „Rozwiązła” Jarosława Kamińskiego to jego debiut powieściowy, a zarazem jedna z lektur, które wzbudziły mój zachwyt i podziw.  Książka ta wykuła sobie w mojej świadomości jakąś tajemniczą przestrzeń , w której pewnie pozostanie na zawsze, bo nie sadzę bym potrafiła kiedykolwiek o niej zapomnieć…
Jest dokładnie taka, jak lubię – blisko człowieka, w znaczących momentach jego życia, wydobywająca na światło dzienne jego tajemnice, emocje, uczucia, wywracająca mu życie do góry nogami, albo odwrotnie – przywracająca go do pionu. Wszystko oplata jakaś magia, są odniesienia do historii, filozofii, religii. Jest klimat, jest liryzm, a czasem ostry pazur. Autor nie boi się drastycznych scen ukazujących okrucieństwo wojny czy niszczenie ludzi przez komunistów w ramach „budowania nowego porządku”. Odważnie przedstawia również seksualność swoich bohaterów.
Fabuła książki utkana jest z historii życia kilku osób, z których w moim odczuciu najważniejsze są dwie kobiety – matka i córka - Hanna Rogala vel Chaja Goldfarb i Zofia Rogala. Tak bliskie a jednocześnie zupełnie obce i nieznane. O dziejach Hanny dowiadujemy się pośrednio – z dokumentów, z przekazu zakonnic, z anonimów znalezionych w aktach, wreszcie z przekazu Edwarda Czerskiego - postaci tyleż ciekawej co kontrowersyjnej i bardzo ważnej z punktu widzenia opowiadanej historii. Losy Zofii śledzimy bezpośrednio. Hanna i Zofia choć fizycznie i mentalnie do siebie bardzo podobne – nie znają się, obie są osieroconymi dziećmi wojny i czasów nienawiści. Poszukują swej drogi, namiastki normalności, czegoś, albo raczej kogoś przy kim znalazłyby oparcie, swój upragniony azyl. Czy jednak jest to możliwe? Zwłaszcza, że trafiają na czarne dziury w historii. Holokaust, marzec’68. No i na panów z rodziny Czerskich…
Nie mogę nie wspomnieć o Zofii – polubiłam tę postać i dużo o niej myślałam. Wychowała się w domu dziecka, nie miała szansy zaznać ciepła rodzinnego domu . Przeciwnie – przecierpiała wiele - gwałt, upokorzenia, wyobcowanie. Znalazła się o włos od stoczenia w przepaść. By wyrwać się z kraju i bezsensownego, jej zdaniem, życia, była gotowa handlować własnym ciałem. Przypadek ją uratował. Przypadkiem też trafiła na książki, które stały się dla niej sposobem na ucieczkę od męczącej rzeczywistości. Po opuszczeniu domu dziecka ciągle goniła za czymś nie do końca sprecyzowanym, ulotnym. Szukała… Kiedy spotkała młodszego od siebie o dziewiętnaście lat Adama Czerskiego , w dodatku początkującego homoseksualistę, nie spodziewała się, że związek z nim zmusi ją do zainicjowania prywatnego śledztwa, do rozpoczęcia poszukiwań prawdy o sobie samej. I że ta prawda będzie tak wstrząsająca…
O niezwykłej urodzie „Rozwiązłej” stanowi, w dużej mierze, przepiękna narracja, zastosowanie czasu teraźniejszego, bardzo długich, wielokrotnie złożonych zdań, wymagających, co prawda skupienia i uwagi, ale za to jakże zachwycających i wręcz uzależniających. Zetknęłam się tu również z czymś w rodzaju „białej prozy”. Autor zrezygnował z większości znaków interpunkcyjnych. Dodatkowym atutem powieści jest bogactwo  metafor. Mamy tu liryzm na najwyższym poziomie, który sprawia, że czytanie „Rozwiązłej” sprawia ogromną przyjemność.

Podsumowując warto podkreślić, że Jarosław Kamiński podarował czytelnikowi niebanalną książkę o potrzebie życia w prawdzie, o dążeniu do znajomości własnych korzeni. Również o „chichocie” historii, która niestety bywa złośliwa w swojej chęci do powtarzania się czy, jak kto woli, do zataczania koła. Gorąco polecam „Rozwiązłą” – wyjątkowo udany powieściowy debiut Jarosława Kamińskiego.                                  

niedziela, 26 kwietnia 2015

Recenzja konkursowa nr 4

Tytuł oryginału: Kroniki Ferrinu. Tom 5. Pani Ferrinu
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania polskiego: 2015
Ilość stron: 266

autor recenzji: vyar



Muszę przyznać, że do „Pani Ferrinu” zabierałam się z ogromną ciekawością. Ferrin znany jest już szeroko osobom czytającym namiętnie fantastykę, ale i znany w sposób szczególny. Aby nie przesadzać z delikatnością: seria pani Michalak oceniana jest jako jedna z najgorszych w swojej kategorii. Czy dziwne jest więc, że musiałam sama się przekonać, co w niej takiego strasznego? Więcej: a może właśnie mi się spodoba, i będę mogła triumfalnie ogłosić „proszę Państwa, nie mieliście racji”? Tak więc, pełna mieszanych uczuć, zaczęłam czytać piąty i ostatni tom cyklu o Ferrinie, nie sięgnąwszy wcześniej po poprzednie.

   I w niczym mi to nie przeszkodziło.

   Pani Ferrinu, Anaela, żyje w swoim państwie wraz z mężem, Sellinarisem, otoczona dworem składającym się z ludzi, smoków, jednorożców, lwów, elfów, i innych takich… Ferrin zdaje się być połączony przedziwnymi portalami z Ziemią, i królewska para wiedzie życie w obu tych światach, w jednym i drugim na wysokim poziomie, jednak większość czasu spędzimy wraz z nimi w tym pierwszym. Sielankową egzystencję pięknej królowej burzy jedynie bliskość wrogów, nacji Lanorów, wciąż i wciąż zagrażającej jej wspaniałemu krajowi, a kulminacją tej wrogości jest moment, w którym zostaje porwana jej córka, Gabriela, i mąż. Pani musi ruszyć na ratunek i, wspierana przez przyjaciół, przemierzyć u boku wroga obcy kraj, odkrywając jego odmienne i często przerażające zwyczaje.

   Nie da się ująć w paru słowach tego, co w tej książce jest nie tak. Przyjrzyjmy się więc każdej kwestii z osobna.

   Po pierwsze, fabuła jest prosta. To byłoby dobrze, gdyby nie jej uparta powtarzalność. Nie wiem, jak było w poprzednich tomach, ale tu jest ciągle to samo: niemal każdy z bohaterów zostaje choć raz porwany, i to w niewiadomy sposób, z własnego łóżka. Ot, magia. Chociaż pani Anaela dopiero po jakimś czasie stwierdza: „To Lanorowie też znają magię!”. Serio.

   Właśnie, magia. Jakaś jest. Jakąś mocą się posługują. Jaką? Nie wiadomo. Królowa podobno jest potężna, ale poza rzucaniem niezbyt groźnymi kolorowymi błyskawicami właściwie nic nie robi. Portale na Ziemię dzieją się same z siebie, i chociaż przenoszenie rzeczy z jednego świata w drugie jest zabronione, zawsze się coś przeszmugluje. Przy założeniu, oczywiście, że strona lanorska jest czysta jak łza i czegoś podobnego nie robi, ba, nawet nie wie, że można. Jak błędne jest to założenie, okazuje się wkrótce, ale cóż z tego, skoro położenie wrót do magicznej wieży bogów w Lanorii można znaleźć w Google?...

   Po drugie, erotyka. Początkowo sądziłam, że książka będzie po prostu romansidłem w konwencji fantasy. Myliłam się, różowe książeczki dla kobiet jednak mają swój specyficzny, romantyczno-erotyczny klimat, natomiast tu jest to przedstawione w sposób suchy i pozbawiony wyobraźni. Pani Anaela jest zazdrosna o męża, który najchętniej przeleciałby pierwszą lepszą napotkaną ziemiankę, a i sama do świętych nie należy. Poza tym, kilka scen gwałtu potrafi obrzydzić wszystko, nie licząc nawet ogólnego jakby przyzwolenia na to. Przykład: pani Ferrinu skarży się ferrinśkiemu bogowi, że ten lanorski ją zgwałcił, na co bóg odpowiada „to może i ja ciebie zgwałcę?” Normalnie tylko załamać się idzie.

   Dalej, sposób, w jaki przedstawiono inne nacje. Na ziemi dwóch Ferrińskich książąt o ładnych buziach nie może się odpędzić od klejących się do nich w wulgarny sposób kobiet – i mężczyzn! – co zresztą wcale nie jest dla nich czymś niefajnym, natomiast Lanoria to królestwo, w którym kobiet jest malutko, i są chronione na sposób przypominający państwa Islamskie – chodzą w czarnych burkach, panna czy mężatka bez wora na głowie to nierządnica. Chwila, to nie wszystko. Scena, w której buntują się i ściągają zasłony… litości. Lanorscy mężczyźni na widok kobiety z odsłoniętą twarzą tracą rozum i zmieniają się w ukierunkowane tylko na seks zwierzęta. Zabijają się nawzajem o nie. Niestety, takie potraktowanie sprawy nie jest ani trochę ciekawe – jest obrzydliwe.

   Przechodząc do rzeczy bardziej technicznych, a mniej paskudnych – dialogi. Proste do bólu. Pomyślałby kto, że pani Anaela jest władczynią i będzie się ją darzyć szacunkiem, ale wszyscy zwracają się do niej jak do rozkapryszonego dziecka. Może miało być to zabawne, ale w moim odczuciu jest przesadne i niewłaściwe.

   Co o samych postaciach? Są nijakie. Naprawdę, ze świecą szukać można jakichś określonych cech charakteru, może jedynie Gabriela opisana zostaje jako rozpieszczone, wychowane pod kloszem dziecko, ale reszta to po prostu chodzące i mówiące manekiny, wszystkie takie same. Dochodzą do tego imiona – znaczna większość z nich zaczyna się na „S”, i przy ich ilości po prostu totalnie się mieszają. Ja do końca książki nie potrafiłam rozeznać się w tym, kto właściwie kim jest, mimo pomieszania ras i ról, które powinno dawać jasne rozgraniczenie. Sellinaris, Saris, Shine, Sirden, jeszcze paru innych, których po prostu nie sposób zapamiętać…

   Ale największą bolączką tej książki jest logika, a raczej jej brak. Bohaterowie zmieniają miejsca sami z siebie, będący w Ferrinie nagle zostają przemieszczeni do Lanorii, by znowu uczestniczyć w wymianie zdań w pierwszym z tych miejsc, natomiast jednoręki kat jest zdolny chwycić kogoś i jednocześnie przystawić mu nóż do gardła. Dwoma rękami. A potem znów ma tylko jedną. Cuda, proszę państwa.

   Czy znajdę w „Pani Ferrinu” jakieś dobre strony? Oczywiście, zawsze jakieś są. Książka, pomimo tylu wad, nie jest nudna, i czyta się ją lekko, czasem nawet bawi. Jest to, można powiedzieć, zjawisko w literaturze fantasy, coś niepowtarzalnego, bo przecież można w niej znaleźć kilka motywów, które, dobrze rozwinięte, mogłyby dać epicką historię, nawet jeśli autorka koniecznie uparłaby się przy zachowaniu dziwnie pojętej erotyki. Mnogość magicznych stworzeń jest ładnym akcentem, lwiany przywodzą na myśl Narnię, a jednorożce to po prostu najbardziej klasyczna z klasyk. Ciekawie potraktowano też smoki – przybierające ludzką postać, co może nie jest niczym wyjątkowym, ale zakładając mieszanie się ras i krwi już daje pole do popisu. Raksar, główny smoczy przedstawiciel, stanowił próbkę charakteru, jakiego u reszty postaci w tej książce nie uświadczysz. Kropla w morzu nijakości.

   Wspomniałam o specyfice języka, użytego w dialogach. Postacie zwracają się do siebie najczęściej w sposób żartobliwy, używając pozornych gróźb. Brzmiałoby to dobrze w relacji dwojga przyjaciół, od czasu do czasu, ale tu jest to nadużywane, wręcz stanowi standardową metodę wysławiania się bohaterów, przez co całość traci momentalnie na klimacie. Niestety, wygląda to też bardzo sztucznie. Jedyną chwilą, w której humor się autorce udał, jest rozmowa księcia Karina z sokołem-posłańcem. Inteligentny ptak dosłownie miesza z błotem dumnego człowieka, a jego słowa cechuje jednocześnie prostota i… wredny sarkazm. Jest to też moja ulubiona scena z tej książki – i jedyna taka.


   Czytając „Panią Ferrinu” nie napotkałam żadnych problemów w pojmowaniu wydarzeń czy postaci, których to problemów oczekiwałam, zważywszy na fakt, że jest to tom piąty, więc w perspektywie długich walk o ten kraj, pewne rzeczy powinny wymagać „douczenia się”. Nie wymagają. Powieść jest prosta, żadna to literatura wysokich lotów, a nawet i do tych średnich nie będzie się zaliczać. Poświęciłam chwilę na przyjrzenie się postaci autorki, jej dorobek literacki jest już dość spory i obejmuje głównie literaturę kobiecą. Mogłabym wysnuć wniosek, że Ferrin miał być zaliczany do nurtu kobiecego fantasy, ale postawienie go obok twórczości takich pisarek, jak choćby pani Norton, niestety nadal wydaje się nie do pomyślenia. Co mogę powiedzieć? Trudno mi określić jednoznacznie, że książka mi się nie podoba – jest słaba, ale nie nudna. Nie żałuję, że ją czytałam, i mam ochotę sięgnąć po inne pozycje z twórczości autorki, ale już z gatunku typowo kobiecych czytadełek, aby sprawdzić, czy bolączka braku logiki i dziwnego obrazu ludzi samych w sobie ich też dotyczy. Może to wkrótce zrobię. Z czystej ciekawości. Natomiast wielbicielom fantastyki poważne czytanie Ferrinu odradzam, choć z żartobliwym zmrużeniem oka.

sobota, 25 kwietnia 2015

Recenzja Konkursowa nr 3

 "Miasto ślepców" autorstwa Jose Saramago

autor recenzji: Magdalena Łatkowska



             Cała nasza  doskonale zorganizowana cywilizacja funkcjonuje prawidłowo, dopóki wszystkie jej elementy wirują według ustalonego systemu. Wystarczy jedna zmiana rytmu 
i już nie można dalej grać. Odpadasz. Przegrywasz. Z Miastem. Z życiem. Z tą różnicą, że w życiu nie możesz zacząć od początku. Przynajmniej bardzo, bardzo rzadko.
            Miasto. Zwyczajne. Gdzieś obok nas. Takie jak nasze. Dotychczas bezpieczne. Poukładane. Taka mała wewnętrzna unia. Kipiąca hipokryzja.
            Stłuczka samochodowa na skrzyżowaniu i początek końca. Kierowca niczego nie widzi i nieczego nie rozumie. Tylko białe mleko wokół. Ktoś mu pomaga i przy okazji okrada, z resztek mizernego poczucia godności. Złodziej wsiada do samochodu mężczyzny, parkuje, a po trzydziestu krokach ta sama biała mgła. Potem już jak kostki domina; lekarz okulista, dziewczyna w ciemnych okularach, zezowaty chłopiec, mężczyzna z przepaską na oku i inni. Wielu bezwładnych, przerażonych, bezimiennych i uśpionych, wpada kolejno na białą ścianę. Potem już wszyscy.
Ale zanim..
            I jeszcze żona lekarza. Jedyny świadek. Trochę jak pies - przewodnik. Nie prosiła się o to. Nie chciała. Wcale! No właśnie. Znów odniesienie do rzeczywistości. Bo zwykle przewodzą ci, którzy chcą, a nie, którzy powinni. O ironio.
            Zesłanie. Mechanizm się zaciął, więc należy go wyrzucić. Do szpitala. Zamknąć. Ogrodzić. Nie wypuszczać. Strzelać!
            Sami. Ślepi. W białym wyścigu przez niewidzialne korytarze do wolnego łóżka.
Do skrawka niczyjego koca. Do wolnego metra kwadratoweego. Z poszarpanym życiem
u szyi. A mówią, że człowiek, zwierzę stadne. Śmiać się chce.
            Pierwsi i tak mieli najłatwiej. Aż trudno uwierzyć.
Najpierw jednak komunikaty przez radiowęzeł, że żywność, że środki czystości, że koce.
Że trzy razy dziennie. Że uprasza się o. Potem kolejni. Wszyscy równi, każdy inny.
I znów żałosny pęd na kolanach do pierwszego, wolnego łóżka. Strach przed utratą tej jedynej przestrzeni wpija się głęboko pazurami w materac, na przekór potrzebom
i skomleniom natury. Jakieś to wszystko dziwnie znajome. Tylko może bardziej różowe
w tym śnie, który z takim upodobaniem wszyscy śnimy.
Dziki fetor. Obrzydliwa zgnilizna.
Prowiant się spóźnia. Kolejny dzień.
Niektórzy zdążyli się jednak zaaklimatyzować. We wcześniejszym życiu nie mieli szans, ale tu? Co tam smród! Prawo pięści. Najprostsze. Najdoskonalsze!
A w tym wszystkim ona. Dyskretnie prowadząca za rękę męża. Niemy świadek ziejącej kloaki. Najgorsza rola. Udawać, żeby przeżyć. Jakie to bliskie! Uciec, przed czułymi nosami dzikich bestii. Wciąż się to dzieje. Mnie właśnie teraz. A Tobie?
Następny transport. Nowi zagubieni. Uczta dla niektórych! Okup! Płacisz - jesz. Jakie to proste. Nie masz czym zapłacić? Nie jesz. Chyba, że płać żoną, w naturze. Cóż za zabawa!Żadnych hamulców. Jak to w życiu. Może tylko trochę bardziej jaskrawo. Mimo białego mleka.
            Rozszarpani przez własny system. Nic innego już nie istnieje. Niczego więcej nie ma. Tylko biała mgła wszędzie. Dla wszystkich. Oprócz niej. Dla niej piekło. Bynajmniej nie białe. Umazane fekaliami, śmiercią, łzami i krwią. Bardzo wyraźne. Dla odmiany.
            W końcu jeden cios, trafiony. Zaplanowany i skuteczny. Ileż można wytrzymać? Czy dalibyśmy radę? My, "cywilizowani", utopieni w naszych karierach? Czy potrafilibyśmy zapłacić cudzym życiem? Nawet, jeśli tak marnym? Po każdej kropce, po każdym przecinku, to samo dręczące pytanie. Bo przecież wciąż dopada nas obrzydliwa codzienność i próbuje odgryźć nasz słaby punkt. O tym cała ta historia.
            Szepty wokół, że widzi, rozchodzą się niczym choroba zakaźna. A tak bardzo chciałaby, jak inni. I znów. Nie lubimy być inni. To kosztuje. A my mamy tylko jedną karierę, jedną szansę. Ryzyko się nie opłaca.
            Wreszcie ogień, który kończy wszystko i zlizuje resztki zwierzęcego pomiotu.
Tułaczka po Mieście. Wychudzone i wylęknione puste oczy, które tak bardzo tęsknią, ale nie mogą natrafić na żadne czułe spojrzenie. Od domu, do domu. Nieme rozmowy i kąpiel
w strugach pachnącego deszczu. Dla nas w śmierdzącej kałuży.
            Oni, coraz bardziej wycieńczeni, potykający się o truchła niedojedzonych zwierząt
i smród rozkładających ciał. Wreszcie jakiś blask! Szary. Najpiękniejszy.
            Widzę! Potem już jeden po drugim.
            Teraz na mnie kolej, pomyślała. I białe mleko wokół niej.
Jeden za wszystkich, ale czy wszyscy za jednego?
            Okrutny żart losu. Eksperyment. Ślepcy, którzy patrzą i nie widzą. Może trzeba stracić wszystko, aby zobaczyć.
            Narracja. Jak zawsze. Bez nazw. Bez imion. Bez szczegółów. Jedynie przecinki
i kropki, które tak bardzo grają na emocjach.
            Ekstremalnie.
            Może zgaszę światło. Będzie mi się lepiej myślało. Szybciej zobaczę.
            Kropka. Przecinek, kropka.


Recenzja Konkursowa nr 2

Recenzja „Rozwiązłej” Jarosława Kamińskiego

autor recenzji: JOLANTA  DOMAGAŁA



Powieść p.t. „Rozwiązła” Jarosława Kamińskiego to jego debiut powieściowy, a zarazem jedna z lektur, które wzbudziły mój zachwyt i podziw.  Książka ta wykuła sobie w mojej świadomości jakąś tajemniczą przestrzeń , w której pewnie pozostanie na zawsze, bo nie sadzę bym potrafiła kiedykolwiek o niej zapomnieć…

Jest dokładnie taka, jak lubię – blisko człowieka, w znaczących momentach jego życia, wydobywająca na światło dzienne jego tajemnice, emocje, uczucia, wywracająca mu życie do góry nogami, albo odwrotnie – przywracająca go do pionu. Wszystko oplata jakaś magia, są odniesienia do historii, filozofii, religii. Jest klimat, jest liryzm, a czasem ostry pazur. Autor nie boi się drastycznych scen ukazujących okrucieństwo wojny czy niszczenie ludzi przez komunistów w ramach „budowania nowego porządku”. Odważnie przedstawia również seksualność swoich bohaterów.
Fabuła książki utkana jest z historii życia kilku osób, z których w moim odczuciu najważniejsze są dwie kobiety – matka i córka - Hanna Rogala vel Chaja Goldfarb i Zofia Rogala. Tak bliskie a jednocześnie zupełnie obce i nieznane. O dziejach Hanny dowiadujemy się pośrednio – z dokumentów, z przekazu zakonnic, z anonimów znalezionych w aktach, wreszcie z przekazu Edwarda Czerskiego - postaci tyleż ciekawej co kontrowersyjnej i bardzo ważnej z punktu widzenia opowiadanej historii. Losy Zofii śledzimy bezpośrednio. Hanna i Zofia choć fizycznie i mentalnie do siebie bardzo podobne – nie znają się, obie są osieroconymi dziećmi wojny i czasów nienawiści. Poszukują swej drogi, namiastki normalności, czegoś, albo raczej kogoś przy kim znalazłyby oparcie, swój upragniony azyl. Czy jednak jest to możliwe? Zwłaszcza, że trafiają na czarne dziury w historii. Holokaust, marzec’68. No i na panów z rodziny Czerskich…
Nie mogę nie wspomnieć o Zofii – polubiłam tę postać i dużo o niej myślałam. Wychowała się w domu dziecka, nie miała szansy zaznać ciepła rodzinnego domu . Przeciwnie – przecierpiała wiele - gwałt, upokorzenia, wyobcowanie. Znalazła się o włos od stoczenia w przepaść. By wyrwać się z kraju i bezsensownego, jej zdaniem, życia, była gotowa handlować własnym ciałem. Przypadek ją uratował. Przypadkiem też trafiła na książki, które stały się dla niej sposobem na ucieczkę od męczącej rzeczywistości. Po opuszczeniu domu dziecka ciągle goniła za czymś nie do końca sprecyzowanym, ulotnym. Szukała… Kiedy spotkała młodszego od siebie o dziewiętnaście lat Adama Czerskiego , w dodatku początkującego homoseksualistę, nie spodziewała się, że związek z nim zmusi ją do zainicjowania prywatnego śledztwa, do rozpoczęcia poszukiwań prawdy o sobie samej. I że ta prawda będzie tak wstrząsająca…
O niezwykłej urodzie „Rozwiązłej” stanowi, w dużej mierze, przepiękna narracja, zastosowanie czasu teraźniejszego, bardzo długich, wielokrotnie złożonych zdań, wymagających, co prawda skupienia i uwagi, ale za to jakże zachwycających i wręcz uzależniających. Zetknęłam się tu również z czymś w rodzaju „białej prozy”. Autor zrezygnował z większości znaków interpunkcyjnych. Dodatkowym atutem powieści jest bogactwo  metafor. Mamy tu liryzm na najwyższym poziomie, który sprawia, że czytanie „Rozwiązłej” sprawia ogromną przyjemność.

Podsumowując warto podkreślić, że Jarosław Kamiński podarował czytelnikowi niebanalną książkę o potrzebie życia w prawdzie, o dążeniu do znajomości własnych korzeni. Również o „chichocie” historii, która niestety bywa złośliwa w swojej chęci do powtarzania się czy, jak kto woli, do zataczania koła. Gorąco polecam „Rozwiązłą” – wyjątkowo udany powieściowy debiut Jarosława Kamińskiego.

Recenzja Konkursowa nr 1

Recenzja książki "Miłość, szkielet i spaghetti" autorstwa Marty Obuch

autor recenzji: graz2007




Jeśli ktoś ma chandrę, czy też doła, jakkolwiek by to nie nazwać, z całą pewnością powinien sięgnąć po książkę Marty Obuch pt. ”Miłość, szkielet i spaghetti”.
Głównymi bohaterkami są trzy siostry: Julia - psycholog, Dorota- studentka językoznawstwa oraz najmłodsza - Ewelina, pasjonująca się fotografią. Jeśli można by je jakoś opisać to cytat: „ ….każda potrafiłaby pertraktować z diabłem, i to tak, że wysłannik piekieł prędzej zjadłby własny ogon, niż ugrał cos dla siebie”. Wszystkie trzy w niecodziennych okolicznościach poznają Cezarego - antropopaleontologa, zajmującego się znalezionym szkieletem w klasztorze na Jasnej Górze. Począwszy od wypadnięcia „nieświeżego trupa’ z wieży klasztornej, poprzez zniknięcie szkieletu z wykopaliska wszystko implikuje niesamowite zdarzenia. Smaczku dodaje fakt, iż Dorota poszukująca pracy zostaje zatrudniona w samej paszczy lwa, czyli w domu mafiosa ps. ALDENTE. Szef mafii i jego ochrona życzą sobie oprócz opieki nad poszkodowanym ALDENTE  także gotowania dla wszystkich a, że Dorotka do gotowania ma dwie lewe rączki,  organizuje sobie pomoc z zewnątrz. Opisywane w książce sytuacje doprowadzają czytelnika do niekontrolowanych wybuchów śmiechu łącznie ze łzami w oczach. Akcja goni akcję, a nasze bohaterki pokazują swoje pazurki. Wszystko kończy się oczywiście pomyślnie, zagadki zostają wyjaśnione, a siostrzyczki poznają facetów, w których się zakochują.
Byłoby niesprawiedliwie,  gdybym nie wspomniała o postaciach drugoplanowych  takich jak:  komisarz Niecko, ciocia  Czesia , o mamie dziewczyn-Halinie oraz o charyzmatycznej  postaci,  profesorze Lesiaku.  Z przyjemnością stwierdzam, że narodziła się nam nowa autorka komedii kryminalnych. Jeśli ktoś czytał książki J .Chmielewskiej i lubi taki właśnie zwariowany styl,  zapraszam do tej lektury. Dobra zabawa gwarantowana,  a co poniektóre scenki na długo zapadają  w naszej pamięci.