poniedziałek, 16 stycznia 2017

"Stan nie! błogosławiony" Magdalena Majcher

Okładka książki Stan nie! błogosławionyAutor: Magdalena Majcher
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 11 stycznia 2017
Ilość stron: 384 


  Cokolwiek się stanie, wy sobie poradzicie, bo patrzycie w tym samym kierunku.    
                        cyt.: "Stan nie! błogosławiony" Magdalena Majcher 




  Magdalena Majcher pierwsze kroki na swej pisarskiej drodze postawiła w ubiegłym roku, kiedy to zadebiutowała powieścią "Jeden wieczór w Paradise".
Prowadzi swoją stronę pod nazwą "Przegląd czytelniczy", i jeszcze do tego jest redaktorką i copywriterką. Urodziła się z miłością do słowa i za jego sprawą rozwija swoje pasje i sięga po marzenia. Można powiedzieć, że jest żywym przykładem na to, co nota bene, jest też życiowym mottem młodej pisarki, że: "Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia."

Powieść "Stan nie! błogosławiony" jest głosem autorki w ważnych sprawach, zarówno dla bohaterów, jak i dla nas; osobistych i ogólnospołecznych. Głos ten przekonuje mnie, że, z pewnością, to dopiero preludium do tego, co ma do powiedzenia w ogóle.
Magdalena Majcher posiadła już sposób na wciągnięcie czytelnika w pętlę doznań. Umiejętnie zwodzi go, intryguje, zadziwia, zaskakuje i usidla.
To, co może na początku powieści wydawać by się mogło lekkie i pastelowe, stopniowo zmienia swą wagę oraz koloryt.

Opowieść dotyczy młodego, bo zaledwie z trzyletnim stażem, małżeństwa Poli i Jakuba, ich życiowego startu i wciąż trwającego stanu zakochania. Codzienność wypełnia im praca, szczęśliwie połączona z pasją; Pola pisze do gazet i próbuje wydać swą pierwszą powieść, Jakub jest prawnikiem. Nagle przekonują się, że ich dotychczasowe kłopoty, problemy, wybory, są tak mało znaczące w konfrontacji z tym, z czym przyszło im się zmierzyć.

Cztery pozytywne wyniki testów ciążowych nie mogą kłamać. Ciąża!? Trochę przedwczesna, jeszcze nie planowana, jeszcze nie wymarzona na ten moment. Fakt ten nie zwiastuje jeszcze końca świata. Można się z nim oswoić, zaakceptować. I tak się staje. Kolejne badania są jednak podstawą do niepokojącej diagnozy. Istnieje duże prawdopodobieństwo wystąpienia u dziecka wady genetycznej.
Małżonkowie pogrążają się w morzu wątpliwości, ogarnia ich, wcześniej nieznane przerażenie, lęk i strach.
Strach, z czasem, staje się paraliżujący.
Autorka funduje nam coraz to trudniejsze momenty z życia Poli i Jakuba, a ich samych stawia w obliczu podejmowania najtrudniejszych w życiu decyzji. Następuje gradacja emocji. Pisarka podejmuje ważny i trudny temat. Problem, który, niczym cezura, wyznacza granicę dzielącą życie bohaterów na to "przed" i na to, co dopiero nastąpi.
Pomimo wagi tematu, fabuła nie zamyka się w gabinecie lekarskim. Choć podkreślę, że zawarta jest tu spora dawka wiedzy dla przyszłych mam. Lepiej, żeby nigdy nie musiały zgłębiać takich terminów, jak trisomia konkretnego chromosomu, ani statystyk z tym związanych. Aby nie musiały zatrzymywać się, by rozważać ryzyko podjęcia kolejnych badań, zagrażających poronieniem, czy ostatecznie podjąć decyzję najtrudniejszą, jaką jest aborcja. Niepewność przeplata się z nadzieją.

Magdalena Majcher potrafi zniwelować skumulowany ciężar spraw i rozładować napięcie. Przedstawia nam swoich bohaterów w kontekście innych zdarzeń, w zupełnie odmiennych okolicznościach, dzięki czemu zgłębia ich charakterystykę. Zarówno Pola, jak i Jakub, choć oboje ciężko doświadczeni, nie zamykają się we własnym świecie.
Pola usilnie, chociaż bez większego powodzenia, próbuje naprawić trudne relacje z matką, z którą łączy ją toksyczna miłość. Trudna do wytłumaczenia, trudna do zrozumienia. Milcząca miłość. Jak bolesna musiała być ich przeszłość, że tak znacząco wpłynęła na tę nadzwyczaj ważną więź, więź matki z córką? Czy któraś z nich znajdzie siłę i odwagę, by to zmienić?

Ogromnie jestem wdzięczna za kreację postaci babci Anieli. Babci Jakuba, która wychowywała go od dzieciństwa, po tragicznej śmierci jego rodziców, a swojej córki. Osobą tą wniosła pisarka do swojej powieści wiele ciepła, optymizmu i nadziei. Babcia Aniela nie tylko karmi i pociesza swoje ukochane wnuki, ale jest ich mentorką, dla Poli jest lekiem na całe zło, jakie ją w życiu spotkało.

Pisarka, ukazując życiowe perypetie swoich bohaterów, sposoby, za pomocą których próbują je rozwiązać, uzewnętrznia cechy, w jakie ich wyposażyła. Emanuje z nich dojrzałość, pokora, empatia, troska o drugiego człowieka. Zmagając się z własnymi problemami, widzą też potrzeby innych, jak sytuacja Marysi, dziewczyny z sąsiedztwa babci Anieli.
Styl oraz warsztat pisarski, za pomocą których opowieść została przekazana, sprawiły, że przeczytałam powieść jednym tchem, z uwagą, podziwem, niekłamaną fascynacją i z rozbudzonym apetytem na kolejne powieści. 


*Dziękuję Wydawnictwu Pascal za przesłanie egzemplarza recenzenckiego, a autorce za wpisaną    dedykację.

                                                                         Logo


Zapraszam na mój fanpage na facebooku:    https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/                                                    

niedziela, 8 stycznia 2017

"Słowik" Kristin Hannah

Autor: Kristin Hannah
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 12 października
Ilość stron: 560


Historia. Wojna. Kobiety, ich siła i odwaga.

 - Mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, jaka jesteś krucha,    Isabelle.
- Nie jestem krucha - zaperzyła się.

- Wszyscy jesteśmy, Isabelle - powiedział z cieniem uśmiechu.
- Tego właśnie uczy nas wojna.

                 cyt.: "Słowik" Kristin Hannah



"Tego właśnie uczy nas wojna..."  i jeszcze wielu innych ważnych rzeczy...
Mówi ludziom całą prawdę o nich samych, tę, której wcześniej nie mogli znać.

Kartograficzny zarys na mapie Europy kolejnych działań wojennych armii niemieckiej podczas II Wojny Światowej to wynik bezgranicznych aspiracji Hitlera i sił nazistowskich. Długie frontowe jęzory ogarniają tereny poszczególnych państw, niczym macki drapieżnej ośmiornicy, niczym płomienie ognia piekielnego.
Ten zły czas pozostawia po sobie okaleczone ofiary, bolesne wspomnienia, daty zwycięstw i klęsk. Wciąż jest też źródłem inspiracji dla pisarzy, patrzących na ówczesne wydarzenia z różnych perspektyw.

Dlaczego amerykańska pisarka Kristin Hannah pisze o wojnie we Francji i wkłada w swą powieść "Słowik" taki ogrom emocji? Francja pod okupacją niemiecką jest tłem do ukazania heroicznych postaw kobiet w obliczu przerażającej wojennej rzeczywistości. Choć fabuła jest literacką fikcją, to pisarka inspirowała się losami prawdziwych kobiet.
Jedną z nich była Andre'e de Jongh, młoda Belgijka, która stworzyła jedną z pierwszych dróg, którą alianci uciekali z okupowanej przez hitlerowców Francji. Niesamowita historia, skłaniająca do przemyśleń, stawiania sobie pytań, jak zachowalibyśmy się w podobnych okolicznościach? Skąd bierze się odwaga, by zaryzykować własne życie dla ratowania obcych ludzi? Ile gotowi byśmy byli poświęcić dla innych?


"Słowik" opowiada o wojennych losach dwóch sióstr- Vianne i Isabelle, które, choć każda w inny sposób, walczą z niemieckim okupantem.
Isabelle, dziewiętnastoletnia buntowniczka, zdolna łamać wszelkie normy, nie może pogodzić się z rychłą kapitulacją Francji. Odważna, gniewna, impulsywna jest gotowa na każdą formę walki z wrogiem. Byle nie pozostawać biernym. Podejmuje odważne decyzje, które trudno jest zaakceptować starszej o dziesięć  lat Vianne. Z czego wynika brak akceptacji? Z troski o młodszą siostrę, czy ze strachu o bezpieczeństwo własne i jej małej córeczki? Nie ma tu prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Vianne, pozostała w swym domu sama z dzieckiem, bowiem męża zmobilizowano na wojnę. Teraz, gdy do głosu dochodzi strach, niepewność, głód i ziąb, wszystko ulega weryfikacji. Czy wcześniejsze żale do ojca o rozdzielenie ich po śmierci matki, o brak zainteresowania nimi, brak miłości, ich wzajemne pretensje, niedopowiedzenia, mają jeszcze tę samą moc, znaczą jeszcze cokolwiek? Czy w obliczu walki o przetrwanie, o życie, jest miejsce na miłość, na troskę o nią?

Ich drogi spotykają się tylko na krótkie chwile, po to, by znów biec w przeciwnym kierunku, i znów, niespodziewanie się splątać. 
Każda z nich ma swoją wojnę. Isabelle przenosi przez granice nielegalne papiery, później, podobnie jak robiła to de Jongh, walczy z nazistami, przeprowadzając aliantów przez Pireneje.
Vianne, jak wiele innych kobiet, pozostała w domu, czekając na szybki powrót męża z wojny. Czy pozostała bierna, drżąc tylko o bezpieczeństwo swojej rodziny? Jak bardzo musiała być silna, gdy w jej domu zagościł głód, ziąb, choroba córki, gdy ich dom stał się kwaterą dla niemieckich oficerów? Jak odważna, ratując żydowskie dzieci, organizując dla nich nowe dokumenty tożsamości?

Zamysłem pisarki była opowieść o odważnych, niezłomnych kobietach, tych z ruchu oporu i tych, które pozostając w domu, również wojowały. Z wielką dawką emocji ukazuje heroizm kobiet i stara się przyczynić do tego, by ich historie nie stały się zapomniane, pomijane. 
Jakże przejmująca jest scena z transportu kobiet do obozu w Ruvensbruck; co mogły zrobić, jaki po sobie pozostawić ślad?
"Pasażerki pisały swoje nazwiska na skrawkach papieru albo materiału i wsuwały je w szczeliny między deskami, wierząc, wbrew wszelkiej nadziei, że dzięki temu zostaną zapamiętane."
"Słowik" powstał, aby pamięć o ich bohaterskich czynach przetrwała.
"Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czym innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie nie dostawałyśmy medali, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa."

Heroizm, niezłomność, odwaga, bohaterstwo, to słowa, wielkie, ale czy są słowa, które mogłyby oddać niepojęty strach, dokuczliwy głód, przeszywający ziąb, poniżanie odbierające ludzką godność, okrucieństwo gwałtów i niewyobrażalnych form przemocy człowieka nad drugim człowiekiem?
Emocje są tutaj ważniejsze od realiów historycznych, okazały się mocą tej powieści, bowiem "Słowik" okazał się międzynarodowym sukcesem. Ukazane obrazy, gotowe do ekranizacji, do której, notabene, wykupione zostały już prawa przez firmę Tristar Pictures. Prawa wydawnicze zostały sprzedane do ponad czterdziestu krajów. Portal Goodreads uznał powieść książką roku 2016, książką roku została wg serwisu Amazon.
Dla mnie emocje, wzruszenia, empatia, są bardzo ważne, cenne podczas lektury. Weryfikując tę opowieść, uwzględniając i mocno to podkreślając, że nie jest to dokument historyczny, zobligowany do skupienia się na rzetelnym ukazaniu realiów działań wojennych Niemców z Francuzami, polecam ją z całą odpowiedzialnością. Możemy, uruchamiając wyobraźnię, postawić się w sytuacji bez wyjścia, dojść do pewnych granic i zastanowić  się, czy moglibyśmy je przekroczyć, czy nie?
 "Czy jesteśmy bohaterami, czy tchórzami? Czy jesteśmy lojalni wobec ludzi, których kochamy najbardziej, czy potrafimy ich zdradzić?"

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/









piątek, 30 grudnia 2016

"Kolonia Marusia" Sylwia Zientek

Okładka książki Kolonia Marusia  Autor: Sylwia Zientek
  Wydawnictwo: W.A.B.
  Data wydania: 23 listopada 2016
  Ilość stron: 240 



-Chcesz pisać o Wołyniu, ale tak naprawdę ciągle czujesz potrzebę pisania o swojej matce?-pyta K.
-Tak, masz rację. Tak naprawdę piszę o matce...
Nie byłaby tym, kim była, gdyby nie trauma Wołynia.
A gdyby nie jej skrzywiona psychika, ja byłabym inna, a także moja siostra, jej córka i moja córka...-mówię.

                cyt.: "Kolonia Marusia" Sylwia Zientek
"Być może potrzebny był czas...", by opowiedzieć o "Miejscach, których nie ma". Ale były. Kolonia Marusia była niewielką osadą na Wołyniu. 
Nie ma już tamtej "idyllicznej krainy", jaką opiewał w swych wierszach ówczesny poeta Józef Czechowicz.
Nie ma już "chat pachnących stepem", "złotych kołaczy", "perłowego stepu nieba". Nie ma. A może i jest jakaś cząstka..., może odrosły "gałęzie pachnące szczęściem, może i jest..., ale nie ta sama, bo "na wieczność skaziły ją krwawe żniwa i krzywda pomordowanych".

Każdy ludzki los, związany z okrucieństwem wołyńskiego piekła, to odłamek naszej bolesnej historii.
Każde wspomnienie, każda opowieść, pomimo zawartego w sobie okrucieństwa, a może właśnie dlatego, przekazana została przez świadków tamtych zdarzeń po to, by pamiętać.

Sylwia Zientek napisała książkę bardzo osobistą. Opowieść zawarta w "Kolonii Marusia" jest konsekwencją wstrząsających przeżyć jej rodziny, wojennej traumy dziadków, Władysława i Konstancji, strzępów pamięci matki, lęków związanych z tym, co za nimi, i z tym, co dopiero nastąpi. Jaki czeka ich los, teraz, kiedy spalono ich gospodarstwo, dom, cały dorobek życia i przyszło opuszczać ziemię, gdzie przyszli na świat i udać się w nieznane?
Książka jest dowodem na to, jak głęboko tkwią wojenne rany. Niezabliźnione, pomimo upływu czasu, bolesne dla potomków, czujących na swych plecach ziejący oddech przeszłości.
Okrutna, bezwzględna wojna okalecza duszę.
Kim byłaby Halina, córka Konstancji, a matka Sylwii, gdyby nie wspomnienia tamtych chwil, wspomnienia śmiertelnie przerażonej twarzy dziewczynki, rozmodlonej w trakcie któregoś z masowych pogrzebów, które latem czterdziestego trzeciego odbywały się na Wołyniu co kilka dni. Obrazy niezatarte, powracające w nocnych koszmarach. Okaleczona emocjonalnie Halina, z niewyzbytym strachem, lękiem, obawami, czujna i gotowa na kolejny cios od życia, niezdolna była do okazywania uczuć, do budowy więzi z najbliższymi.

Matka i córka. Ta druga dziedziczy po pierwszej całą gorycz życia. Ta naznacza je obie, wpływa na wzajemne relacje. Tak jak w "Dziewczynce w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej, w "Szumie" Magdaleny Tulli, w "Małej Zagładzie" Anny Janko i innych podobnych przekazach.
Takie dziedzictwo. Taka scheda. Ciąży, przygniata, obezwładnia. Ciężar nie do udźwignięcia. Może warto zatem podjąć trud, by go zrzucić i poczuć ulgę...? Poczuć się wolnym...?
Dlatego, aby się wyzwolić, trzeba  podzielić się z innymi, trzeba się nawet obnażyć, zwierzyć, dokonać kąpieli duchowej, niczym katharsis. I tak właśnie czyni autorka "Kolonii Marusia".

Fabuła zawiera opisy nasycone szczególnym okrucieństwem, trudno tego uniknąć. Nie zdradzę nic z przebiegu zdarzeń, pozostawiając każdemu je do odkrycia i, co nie pozostawia wątpliwości, głębokiego ich przeżycia, niewysłowionych emocji. Choć kusi mnie bardzo, by wyjaśnić okoliczności sceny, jakiej był świadkiem Wacek, brat dziadka, że postradał zmysły, choć ten opis spędza mi sen z powiek, to się powstrzymam. Zamiarem pisarki nie było szokowanie czytelnika, nadaje swej opowieści formę beletrystyczną, łagodzącą okrucieństwo wydarzeń, ukazuje też ludzką twarz Ukraińców, którzy pomagali, ostrzegali, narażając własne życie. Ukazanie traumatycznych doświadczeń Polaków na Wołyniu uświadamia nam wszystkim, jak trudno było pozbyć się strachu tym, którym udało się cudem ocaleć. Jak trudno im było uciec przed lękiem, przed wyrzutami sumienia, że oni przeżyli, kiedy inni na ich oczach...
Dociera do nas przenikliwy krzyk, jak i nastająca po nim, równie mocno przeszywająca, cisza...

Dlatego pamiętajmy...

Gorąco polecam!

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/

poniedziałek, 5 grudnia 2016

"Król" Szczepan Twardoch

Autor: Szczepan Twardoch
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 12 października 2016
Ilość stron: 432

Nie mieściło mi się wtedy w głowie, żeby Żyd w ringu mógł zwyciężyć chrześcijanina, chociaż my na placu Broni bijaliśmy się z chrześcijańskimi chłopakami. Ale to było co innego.
A ja miałem wtedy siedemnaście lat, znałem  tylko światy chederu, jesziwy, synagogi i domu. 
                        cyt.: "Król" Szczepan Twardoch

Jakub Szapiro, żydowski bokser klubu Makabi pokonał w walce wagi ciężkiej Andrzeja Zielińskiego zawodnika Legii Warszawa. 
Król ringu, każdym gestem, każdym krokiem oznajmiał światu swą wielką odwagę i pewność siebie. Budził podziw i fascynację nie tylko siedemnastoletniego Mojżesza Bernsztajna, "zwykłego małego, chudego Żydka z Nalewek". Chłopak nigdy by się tutaj nie znalazł, gdyby nie bilet od samego Jakuba Szapiro, który dwa dni wcześniej wyciągnął za brodę jego ojca z ich biednego mieszkania na Nalewkach. Jednorazowa rekompensata, czy zaproszenie do innego, nieznanego chłopcu świata?

Przedwojenna Warszawa. Rok 1937. Dwie Warszawy, polska i żydowska, z czego "tylko jedna właściwa, leżąca prawie w Europie". Chaos. Konflikty narodowe, społeczne, polityczne, religijne. 
Bepiści (od przywódcy Bolesława Piaseckiego), falangiści, oenerowcy kontra Żydzi. Na uniwersytetach getto ławkowe. Zamach stanu przeciw opozycji w celu przejęcia pełni władzy przez Rydza-Śmigłego. Prawda, czy plotki rozsiewane przez opozycję przeciwko ówczesnej władzy? Szantaże, intrygi i przemoc. 
I zwykła poobijana codzienność, zmagająca się z brudem, biedą, głodem, gwałtem, poniżeniem. Dom publiczny Ryfki Kij, ogniwo łączące świat gangsterski ze światem polityki.

Na tym tle świecki Żyd, Jakub Szapiro, bokser i gangster, Kum Kaplica, były PPS - owski działacz, ojciec chrzestny podziemnego królestwa, Pantaleon Karpiński, okrutny zabijaka z drugą twarzą z tyłu głowy, doktor Radziwiłek i reszta gangsterskiego świata. Kim byli wcześniej, kim był Jan Kaplica, zanim stał się Kumem, przywódcą całej reszty?
Dwoistość, natury, świata, człowieka. Granica. Gdzie ona przebiega?
"Gdzie zaczyna się jeden człowiek, a kończy drugi?"
Ten dwubiegunowy podział dostrzegłam wyraźnie na samym początku i był widoczny do samego końca, ważny element konstrukcji, budzący refleksje.
Odpowiadając jednym słowem, o czym jest ta książka, odpowiem: o przemocy.
 "Któż nie jest niewolnikiem?" 
Szczegółowe opisy zdarzeń, budują obrazy, budzą emocje. Fizyczność, motoryczność ciała podczas walki bokserów na ringu, każdy gest, każdy detal budzą zarówno podziw, fascynację, jak i lęk, i przerażenie. Opis wymuszonego na dwóch Żydach tańca, tańca strachu i łez, upokarzającego, odbierającego im ludzką godność, wyzwala w nas bunt, bezradność i obezwładniającą niemoc. Szczegóły masakrycznej zbrodni nad glinianką, dokonanej na Naumie Bernsztajnie, ojcu Mojżesza, za dług u Kuma Kaplicy, to wyraz szczególnego okrucieństwa. 
Krew w żyłach mrozi bezwzględność i bestialstwo podczas przesłuchań w Berezie Kartuskiej, gdzie trafił jeden z nich. Przemoc ma miejsce w pokojach domu publicznego, ale też w zaciszu domowym. Przedmiotowe traktowanie kobiet. Przemoc to nie tylko to fizyczne udowadnianie swej wyższości nad drugim. Metody zdobywania przewagi, władzy i sławy budzą odrazę. 

Sposób, w jaki Twardoch kreuje i opowiada świat pełen brutalności i to, co skrywa gdzieś pomiędzy, w jego zakamarkach i to, co obok niego i nad nim, nie pozwala nam z niego wyjść. Nie można oderwać się od lektury. Bohaterowie, pomimo swych czarnych charakterów, przyczepiają się do naszych myśli jak rzepy, a do głównej postaci, romantycznego chwilami Jakuba Szakiro, po niewidzialnej nitce dostajemy się do jego wnętrza, do tego "małego ziarna prawdy", by go zrozumieć, poczuć nawet sympatię. Taka kreacja bohaterów jest mistrzowskim osiągnięciem. Sposób pisania, umiejętność kreślenia obrazów magnetyzują.

Pisarz, stosując przemyślane zabiegi, zaskakuje konstrukcją, zwodzi narracją. Zakłócona chronologia, powtórzenia dodają smaczku, budują napięcie, pobudzają ciekawość, przykuwają uwagę. Choć nie jest to literatura faktu, osadzona w realiach historycznych fabuła, z historycznymi postaciami, wiarygodnie ukazuje ówczesną codzienność.
Oryginalna jest okładka książki, której nie mogę pominąć milczeniem. Zaprojektowana przez Rafała Kucharczyka. Niby przedwojenny afisz, na który wylewa się zawartością drobnych czcionek maszynopis tej niesamowitej historii, spisanej przez narratora w Tel Awiwie, po pięćdziesięciu latach od momentu kiedy miała miejsce.

Wybitny talent, niezwykły warsztat literacki, podparte wiedzą zaczerpniętą z ówczesnej prasy poskutkowały fantastycznym, rzetelnym obrazem przedwojennej stolicy. W historycznej prasie zawarta była też inspiracja do opowiedzenia tej historii, zaczerpnięta dzięki przeprowadzonemu researchowi. Twardoch postanowił wskrzesić zapomnianą postać przedwojennego gangstera Taty Tasiemki, pierwowzór Kuma Kaplicy. Jaki był w tym cel? Na ile to postać warta uwagi? A może pisarz osobiście chciał się z nim rozprawić? 

 Brutalność okraszona pikantnym seksem, słodką namiętnością, gorzkim gwałtem, słonymi wulgaryzmami przeraża i dziwnie fascynuje. Wulgaryzmy są nieuniknione, podkreślają autentyczność ukazanego świata, inaczej byłoby sztucznie i nieprawdziwie.   Świat, którego królem chciał zostać Jakub Szapiro. Po co nam taki obraz świata? Czy zło może zachwycać? Czy przemoc może fascynować? Po co nam ta książka? Można zapytać... By szukać politycznych analogii? By wzbudzać dyskusję o antysemityzmie, kto kogo bardziej nienawidził, czy bardziej Polacy chcieli Żydów wysłać na Madagaskar, czy oni sami jeszcze bardziej chcieli stąd wyjechać do "siebie"? Kolejna lekcja tolerancji i empatii, których nigdy dość? Obok konkretnych tematów, są widoczne dla mnie prawdy uniwersalne. Człowiek i kształtujące go realia czasu i miejsca, w jakich się znalazł. I drugi człowiek... Znaczący proces przenikania się...
A może po to jest ta książka, by zastanowić się nad tym, kim jesteśmy? Kim się stajemy w obliczu naszych wyborów, decyzji? W czasie najcięższej próby? Co możemy jeszcze zrobić, zmienić, nim pochłonie nas swą wielką paszczą, unoszący się ponad nami kaszalot Litani?
Dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu emocji, nie wzbudziła tylu refleksji i nie zachwyciła mnie tak mocno swym kunsztem literackim, podkreślając oryginalność narracji i nieoceniony moment zaskoczenia. Wydarzenie literackie z pewnością. Polecam, bo o książce będzie głośno, a warto mieć własne zdanie.



Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/








czwartek, 17 listopada 2016

"Biuro przesyłek niedoręczonych" Natasza Socha

Okładka książki Biuro przesyłek niedoręczonych Autor: Natasza Socha
Wydawnictwo: Pascal
 Data wydania: 10 listopada 2016
 Ilość stron: 304



     W świecie dwuznaczności taka pewność uczuć przychodzi tylko raz. I nie powtórzy się, choćbyś żyła nie wiem jak długo.

                  cyt.: "Biuro przesyłek niedoręczonych" Natasza Socha
Zimowa opowieść Nataszy Sochy, darowana czytelnikom tuż przed świętami bożonarodzeniowymi, jest pięknym, wysublimowanym prezentem.  Pisarka, wraz ze swoją książką "Biuro przesyłek niedoręczonych", sprezentowała nam cudowne przeżycia, emocje, wzruszenia i przesłanie, że prawdziwą radość, tak naprawdę, czujemy uszczęśliwiając innych, widząc ich uśmiech, radość , zadziwienie.
Jeśli tylko chcemy, jesteśmy zdolni, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odczarować czyjeś smutki, zwątpienia, beznadzieje na powrót w radość, ufność, nadzieję.

Biuro przesyłek niedoręczonych, to miejsce gdzie trafiają paczki, listy, przesyłki, które nie mogły być doręczone adresatom z powodu braku właściwego adresu.
Miejsce to, z nagromadzonymi przesyłkami-beznadziejami, wydaje się smutne i przygnębiające, jak nasza szara rzeczywistość, przepełniona problemami, zdawać by się mogło, nie do rozwiązania.

Zuzanna, nie widząc, jak na razie, konkretnych dla siebie perspektyw życiowych, znalazła zatrudnienie właśnie w tym biurze. Intrygowało ją to miejsce, te osamotnione przesyłki, słowa uwięzione w listach, słowa, które wiele mogły zmienić w czyimś życiu...
Sama zmagała się z wciąż odzywającym się w niej niepokojem, związanym z  niewysłanym w porę listem do ojca.
Koperty skrywające ludzkie historie, uśpione tajemnice, słowa nieprzeczytane. Paczki z prezentami dla dzieci, niepoznane, niedoręczone. Po odpowiednim okresie oczekiwania, wszystko to zostaje zniszczone.

Ale nawet tutaj, gdzie obowiązują przepisy, regulamin, procedury, nic nie jest przesądzone ostatecznie.
Czarodziejska różdżka, niewątpliwie, była tutaj w czyimś władaniu...
Okazało się, że można odczarować sztywne, formalne zasady, a nawet etykę zawodową, jeśli intencją nie jest zwykła ciekawość, by nie nazwać jej wścibstwem i stoi za nią szczęśliwe dziecko, obdarowane prezentem przeznaczonym dla kogoś innego.

Mnóstwo niedoręczonych przesyłek silnie zadziałało na wyobraźnię i wrażliwość dwudziestotrzyletniej dziewczyny...
Zagadkowe pudełko z kopertami szczególnie spędzało Zuzannie sen z powiek.
Seledynowych kopert było trzydzieści siedem i tyle samo koper niebieskich. Listy wysyłane były co roku przed Bożym Narodzeniem od trzydziestu siedmiu lat, z nadzieją na spotkanie.
Jaka wrażliwa dusza przechowała te koperty przez te wszystkie lata i ocaliła przed zniszczeniem?
Niebawem znów święta. Znów kolejny rok...
A jeśli ktoś ciągle czeka...?

Historia jak z filmu, jak z bajki...? Niekoniecznie!
Czyż nie ma realnych historii, pełnych wątpliwości, niedopowiedzeń, pełnych znaków zapytania? Czyż nie potrafią prześladować nas, niestrudzenie,myśli dręczone przez niewypowiedziane słowa?
Ulotność chwili. Eteryczność. Platoniczność.Coś, czego nie dogoniliśmy, to moc,  posiadająca swą nieśmiertelną chęć spełnienia.

Ta wzruszająca historia, dotycząca dwojga zakochanych i ich obietnicy sprzed lat, to nie jedyna opowieść, jaką tutaj poznajemy. Kilka, nie mniej zadziwiających, ludzkich losów, wobec których nie pozostajemy obojętni, dziwnie się tutaj z sobą połączyło. Zdawać by się mogło, że bajecznie dużo tu zbiegów okoliczności.
Zbieg okoliczności...?
Przeznaczenie...?
Zrządzenie losu...?
Każdy inaczej tłumaczy rzeczy napotkane na swej drodze.
A może wszystko dzieje się po coś...?

"Ludzie na całym świecie tworzą specyficzny system naczyń połączonych. Kiedy jedna osoba zaczyna coś robić, nie pozostaje to bez wpływu na pozostałych uczestników systemu, (...) Maszyna wspólnych zależności pracuje w zasadzie bez przerwy..."

Czytając tę książkę, przeniosłam się w świat, trochę już odległy, ale niezapomniany. Powróciły emocje, jakie odczuwa się tylko przy pisaniu listów, długich, kilkustronicowych, na papierze z papeterii, listów do bliskich, do przyjaciół, pełnych uczuć, myśli, opisów. Pamiętam doskonale dziwne serca bicie, związane z oczekiwaniem na odpowiedź, z wypatrywaniem listonosza.

Mam nadzieję, że książka ta będzie dla każdego wspaniałym prezentem. Nie mogąc za wiele zdradzać, niech pozostanie tak do końca nierozpakowanym.
Celowo unikałam słowa "magia", choć trudno inaczej nazwać tę niezwykłą atmosferę, ten odświętny stan duszy, chciałabym jednak bardzo, by radość uszczęśliwiających i tych uszczęśliwionych, pozostała w sferze zwyczajnych ludzkich możliwości, a uśmiech, radość obydwu stron niech będzie sprawą nas samych, a nie jakichś magii, czarów, czy innych mocy.
Warto zatem powrócić do "czarodziejskiej różdżki" i zastanowić się czego jest synonimem...


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Pascal.
                                                                        Logo
Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/

niedziela, 13 listopada 2016

"Chłopiec w czerwonej sukience" Maciej Loter

  Autor: Maciej Loter
  Wydawnictwo: Videograf
  Data wydania: marzec 2016
  Ilość stron: 200


 Nie ma gorszego mnie z przeszłości i idealnego nowego mnie.
To wszystko jestem ja, tylko wcześniej nieco w złej roli. 
                       cyt.: "Chłopiec w czerwonej sukience" Maciej Loter 


Pojęcia, takie jak transwestytyzm, transseksualizm, nie są pojęciami nowymi, nieznanymi, ale wciąż budzą w opinii społecznej liczne kontrowersje. Nie należy też mylić tych pojęć; transseksualista czuje silną rozbieżność między psychicznym poczuciem płci, a biologiczną budową ciała. Natomiast transwestyta tylko czasowo identyfikuje się z płcią przeciwną, ubierając się i zachowując w odpowiedni sposób. Wciąż są to tematy tabu, bowiem wciąż wiele osób uważa, że transseksualizm to jakaś dewiacja seksualna. Istotą jest tu tożsamość płciowa, a nie seksualność.

Brak akceptacji własnej płci, niezgodność psychiki z własnym ciałem, dyskomfort, zaburzenia identyfikacji płciowej, zaburzenia tożsamości, wszystko to są eufemizmy.
Jest to prawdziwy dramat człowieka. Sens, albo bezsens życia. Chęć zmiany staje się obsesyjna, a niemożność dokonania jej prowadzić może do myśli, nawet czynów samobójczych.


"Chłopiec w czerwonej sukience" to autobiograficzna historia opowiedziana przez Macieja Lotera, chłopca, dziś jest dorosłym mężczyzną, który urodził się w niewłaściwym ciele, ciele dziewczynki. Już od wczesnego dzieciństwa odczuwał, że jest więźniem w obcym ciele i nie godził się na to. Opowiadając swoje przeżycia, nie używa w ogóle imienia dziewczynki, którą był dla rodziców, dla babci i dla całego otoczenia. Był dla siebie Maciejem.

"Biorę cię pod rękę i zapraszam na spacer. Przejdziemy się ścieżką wyznaczoną przez ślady moich stóp. Zaczniemy tam, gdzie stawiałem swoje pierwsze kroki, a skończymy w miejscu, w którym stoję dzisiaj. Po drodze napotkamy całe mnóstwo wątpliwości, a powierzchnia, po której będziemy stąpać, nieraz będzie grząska lub dla odmiany twarda tak, że trudno nam będzie uwierzyć, że to wciąż nasza planeta."- Tak rozpoczyna autor swoją opowieść.

Słuchamy tej wzruszającej opowieści, jakby opowiadał ją bezpośrednio tylko nam. Wprowadza nas w swoje światy, ten rzeczywisty, społeczny, gdzie funkcjonuje przybierając kamuflaż, nie będąc sobą i ten świat jego, wewnętrzny, prawdziwy, w którym zmaga się z myślami, z odczuciami, z samym sobą. 
Jest to szczery, prosty przekaz, bez zbędnych zabiegów, bez zbytecznych środków wyrazu, ukazujący żywy obraz jego udręki, bólu i rozpaczy. Całą prawdę o człowieku, z którego natura zakpiła, czyniąc go "biologiczną pomyłką". Jej skutki są odczuwalne przez resztę życia. Doświadczamy autentycznych, silnych emocji, z którymi, chwilami, nie potrafimy sobie poradzić. Co zrobić z tym zaufaniem, którym nas obdarzył? A gdyby na miejscu Macieja był nasz kolega, przyjaciel, ktoś bliski, czego oczekiwałby od nas w zamian?

Przebywamy z autorem jego długą drogę do normalności, z przystankami na szczegółową diagnostykę, testy, poradnie, terapię hormonalną, orzecznictwo sądowe, operacje, konfrontację z rzeczywistością, reakcje samych lekarzy, znajomych, ludzi dookoła nas.
W morzu refleksji, rodzi się głównie ta, że to żadna fanaberia, żadne dziwactwo, ani kaprys. Rodzi się zrozumienie, empatia, współodczuwanie. Najtrudniej zmierzyć się ze świadomością, czy stać byłoby nas na tyle determinacji, na taką walkę, gdyby to samo spotkało właśnie nas? Skąd czerpalibyśmy siły, by stać się sobą, ryzykując odrzucenie bliskich, czy wręcz społeczny ostracyzm? Czy nie pokonałby nas paraliżujący strach przed wszelkimi przykrymi konsekwencjami i nie umieralibyśmy po kawałku każdego dnia, nie będąc sobą? W tej niedużej książeczce, pozostawiona jest też przestrzeń na weryfikację własnych poglądów, przekonań, spostrzeżeń, na rozprawę z własnym światopoglądem, sumieniem nawet.

Książka zadedykowana jest wszystkim osobom transseksualnym: "Walczcie o siebie, bo warto".
Motto, siłą swego przekazu, trafia do każdego czytelnika, bo cóż jest cenniejszego w życiu, jak nie zgoda z sobą samym?
Książka jest też głosem w sprawie, może nawet krzykiem. Do nas wszystkich, do współczesnego świata. Byśmy swoją postawą nie przyczyniali się do tego, by kogoś paraliżował strach przed otoczeniem, jego agresją, by ktoś musiał udawać kogoś , kim nie jest, by "chowając swoją prawdziwą duszę, umrzeć jako ten, którym nigdy nie był."


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


środa, 26 października 2016

"W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renata Lis

  Autor: Renata Lis
  Wydawnictwo: Sic!
  Data wydania: 2015
  Ilość stron: 432


Iwan Bunin (1870-1953) poeta i nowelista rosyjski. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1933 roku. Pierwszy rosyjski pisarz nagrodzony został za "surowe mistrzostwo, z którym rozwija tradycję klasycznej literatury rosyjskiej".

 "Pisarz, który myślał oczyma";

"Nie opisywał świata w intelektualny sposób. Sens widział w tym, jak coś wygląda, jak się to czuje i smakuje" - mówi Renata Lis, autorka książki "W lodach Prowansji".

Nie spotkałam się dotychczas z twórczością Bunina, co, za sprawą tej lektury, chciałabym w najbliższym czasie zmienić. Chciałabym poznać "Ciemne aleje" (cykl nowel), "mroczne i okrutne aleje miłości i duszy zakochanych, także opowiadania, miniaturki literackie z motywem drogi tragicznego emigranta, jak również wstrząsający dziennik z pierwszych lat rewolucyjnej pożogi, w którym autor wyraził swą niechęć do bolszewizmu zatytułowany "Nieszczęsne dni" (inne tłumaczenie: Przeklęte dni, Tragiczne dni). Część z nich została zakopana przez Bunina i nigdy się nie odnalazła. Rzeczywistość opisana w dzienniku sprawiła, że stał się na resztę życia wygnańcem. Bunin opuścił Moskwę po rewolucji październikowej, udając się do Odessy. Stąd, w 1919 roku ostatnim francuskim statkiem wyjechał do Francji i osiadł w Grasse.

Książka "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renaty Lis nie jest typową biografią o nobliście, akademiku, białym Rosjaninie na emigracji. Forma ograniczająca się do suchych faktów nie wystarczała pisarce.
"Brakowało mi w tym iskry szaleństwa, transgresji (...) Brakowało mi w nim pęknięcia, które ukazuje człowieka poprzez jego tajemnicę"- wyjaśnia autorka.

Czytając książkę, poznając głównego bohatera, wyraźnie widoczne jest "pęknięcie", a nawet rozdarcie jego natury, był, niczym, znana z naszej rodzimej literatury, "rozdarta sosna", takie skojarzenie mi się nasunęło.
Rozdarty pomiędzy Rosją, ukochaną ojczyzną, a Francją, gdzie znalazł schronienie (Grasse, Paryż), jednak nigdy jej nie pokochał. "Rozdartą sosną", jak nasz Tomasz Judym z "Ludzi bezdomnych" Bunin jednak nie był. Nie musiał, jak Judym poświęcać wielkiej miłości dla wyższego celu. Bunin z miłości do kobiety nigdy by nie zrezygnował. Mało tego, nie potrafił wybrać pomiędzy żoną, a kochanką, sam nie wiedząc, którą bardziej kochał. I tu pojawia się pożądana przez pisarkę transgresja.

Będąc już dobrze po pięćdziesiątce, żonaty od prawie dwudziestu lat z Wierą Murowcewą, Bunin poznał miłość swojego życia, młodszą o wiele lat poetkę Galinę Kuzniecową. Mieszkali w trójkę, a z czasem w czwórkę, przez długie lata (1927-39). Co mógł dać każdej z kobiet, czy raczej, co mógł od każdej z nich dostać, że nie mógł z żadnej zrezygnować?
"Trójkąt z trzaskiem się domyka", tworząc pułapkę pełną bólu, zazdrości, cierpienia. Przeżycia osobiste znajdują swe odbicie w twórczości, trójkąt, owiany nimbem tajemniczości wyraźnie nakreślony w opowiadaniu "Nathalie".

Bunin na wygnaniu odczuwał wielką tęsknotę za dawną Rosją, dawną, bo nie miał złudzeń. To, co kochał w swojej ojczyźnie, tego już nie ma. Nie ma zatem "powrotu" do niej. 
"Żal i nostalgia jadły mu duszę, ale złudzeń żadnych nie miał."
"Należał do tych białych Rosjan, którzy po 22 czerwca 1941 nie opowiedzieli się po stronie Hitlera. Wciąż miał przed oczyma obraz czołgów rozjeżdżających grób jego matki. Ale Stalina również nie wybrał. Wybrał Rosję - kraj swego dzieciństwa i młodości, ziemię, na której stał dom naszego dzieciństwa i w której spoczywają kości naszych bliskich."

"Bardzo chcę do domu" pisał Bunin w 1941 roku, mając za sobą siedemdziesiąt jeden lat życia. Słowa te były różnie interpretowane przez Rosję. Nieustannie nakłaniano go do powrotu, wciąż byli wokół niego agenci sowieckich służb, inwigilujący jego życie. On znał cenę ewentualnego powrotu i nigdy się nie zgodził.
"Choćby w Moskwie panowała najpełniejsza wolność, a ja byłbym w stanie podróżować, to jednak nigdy nie pojechałbym do miasta, gdzie na placu Czerwonym leżą w galarecie dwa wstrętne trupy". - pisze po śmierci Stalina w 1953 roku, krótko przed swoją własną śmiercią.


"Wojna Rosji z Niemcami odsłania przed nim jego własne miejsce w świecie, określa ostatecznie kim jest oraz dlaczego - odkąd opuścił Rosję - istnieje w taki sposób, jakby nie było go tam, gdzie właśnie jest."
Podobnie odczuwają inni rosyjscy emigranci, których życie jest tu pokazane. 
Samotność. Głód. Bieda. Tęsknota.
Nagroda Nobla niewątpliwie się przyda, choćby miałoby nawet nic z niej nie pozostać...
 W ogóle intrygująca jest cała otoczka wokół tej prestiżowej nagrody. Kto mu gratulował, a kto nie. Kto rościł sobie nadzieje do jej części, a z kim konkurował w nominacjach? Jak wyglądała wyprawa do Sztokholmu z żoną i "przybraną córką" Galiną?

Poznajemy tutaj przede wszystkim losy Bunina i jego bliskich w latach 1940-1944, ale są cenne wspomnienia, bo przeszłość determinuje wiele i pozwala więcej zrozumieć, jak i odskocznie w przyszłość, aż do aktualnej sytuacji politycznej w Rosji i na Ukrainie, odważnie przez pisarkę ukazaną.
Książka jest wielowarstwową, bogatą prezentacją. Cechuje ją osobliwa sylwiczność, silva rerum (dosł. "las rzeczy") Fabuła, scalając w sobie kilka gatunków literackich: listy, dzienniki, reportaż, esej, tworzy w efekcie jedną fascynującą epicką opowieść.
Pisarka dopuszcza do głosu również swoich bohaterów, cytując zapiski z dzienników samego Bunina, żony Wiery oraz kochanki Galiny, ukazuje tym sposobem obraz ich życia z różnych perspektyw, sama nie oceniając nikogo i niczego.

Jak zakończył się wieloletni trudny związek miłosny tych trojga? Kto pozostał przy Buninie do jego  ostatniego tchnienia? Skąd czerpał inspiracje do swej, niewątpliwie, wyjątkowej twórczości? Czy pogodził się w końcu z nieuchronnym przemijaniem...?
Przyjaźń z Antonim Czechowem była dla Bunina jednym z najlepszych wspomnień jego życia. 
Ostatnią rzeczą, nad którą pracował, była książka "O Czechowie" (niedokończona).
Czechow wywróżył Buninowi przyszłość; przed śmiercią skierował do Mikołaja Tieleszowa prorocze słowa: 
"A Buninowi niech pan przekaże, żeby cały czas pisał. Będzie z niego poważny pisarz."


*Książka zakwalifikowana do ścisłego finału Nagrody Literackiej Nike, otrzymała też nominacje do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Literackiej dla Autorki "Gryfia" i Nagrody Literackiej Gdynia; kandyduje do Nagrody Europy Środkowej "Angelus".



Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/







piątek, 21 października 2016

"Dziecko last minute" Natasza Socha

  Autor: Natasza Socha
  Cykl: "Matki, czyli córki" ( tom II )
  Wydawnictwo: Pascal
  Data wydania: 28 września 2016
  Ilość stron: 352


"Dziecko last minute" to druga (po "Hormonii") część serii "Matki, czyli córki".


Kalina wraca z wycieczki do Amsterdamu, z wycieczki, która była jej potrzebna jak powietrze. Miała ze sobą listę marzeń do spełnienia, spisywanych przez ostatnie lata. Chciała robić nareszcie to, czego nie wolno jej było, a ona po prostu miała na to ochotę.
Nareszcie! Mając czterdzieści sześć lat wyfrunęła spod skrzydeł troskliwej matki Konstancji i bez uzgodnienia, bez uprzedzenia, bez pozwolenia, po prostu pojechała. 
I choć miała swoją listę, swój plan, matrycę, przynajmniej na najbliższą przyszłość, nie była w stanie wszystkiego przewidzieć. Czasem boli świadomość, że człowiek nie ma jednak wpływu na to, co go w życiu spotka. Los potrafi "zaśmiać się nam prosto w twarz i podstawić nogę."

Menopauza, z którą Kalina zaczęła się powoli oswajać, "została odroczona." Jej miejsce zajęła ciąża.

"Ciąża?
W wieku czterdziestu sześciu lat zachodzi się do lekarza po leki na uspokojenie hormonów, a nie w ciążę z niejakim Kosmą, sympatycznym wprawdzie, ale obcym." - nie mogła pogodzić się z tą szokującą nowiną dwudziestoczteroletnia córka Kaliny, Kira.
Nie mogła też pogodzić się z tym faktem matka Konstancja.
A jak zareagowała marka Kosmy?
W spokojny, uporządkowany świat bohaterów, wtargnęło niemałe zamieszanie. Burza hormonów, eksplozja emocji, mieszanka uczuć, wszystko to zadziałało niczym trzęsienie ziemi. 
Zaskoczenie, wątpliwości, niepokój, mieszają się ze szczęściem. Gdy wszystko pomału znajduje swoje miejsce, zostaje oswojone, zaakceptowane, staje się źródłem radości, wtedy do głosu dochodzi ironia losu.

Adam, mąż Kaliny, z którym rozstała się kilkanaście lat temu, ale wciąż byli małżeństwem, nagle odkochał się w swej partnerce Ewie, a na każdym kroku troszczył się o Kalinę (pracowali w tej samej szkole), obsypywał ją kwiatami, snuł swoje ciche plany, urządzał pokoik dla dziecka...
Była żona Kosmy, Marietta, nagle nie mogła poradzić sobie z niczym bez jego pomocy.
Jakie były intencje ich zaskakującego zachowania i jakie będą tego konsekwencje...?

W życiu Kaliny, ale nie tylko w jej, duże znaczenie odegra realizacja dziesiątego z kolei marzenia z jej listy, mianowicie: "odwiedzić dom ojca". Postanowienie to zrodziło się wówczas, kiedy na strychu znalazła zdjęcie ojca, a z tyłu napis "Rozłogi". Chciała pojechać w to miejsce, odnaleźć dawny dom ojca, albo...grób.
 Matka wychowała ją sama, okłamując córkę, że jej ojciec nie żyje.
Józef Koszałka, mąż Konstancji, odnaleziony został, i to w świecie żywych.
Dlaczego Konstancja okłamała córkę, a wcześniej swojego męża. Bowiem Józef Koszałka nie wiedział, że ma córkę. Co kryje się za tą zagadką, jaka rodzinna tajemnica? Czy odpowiedź będzie zawarta w błękitnych kopertach z sekretarzyka Konstancji? I kim była Luiza?

Problemy spędzające sen z powiek, późne macierzyństwo niewątpliwie do nich należy, skomplikowane relacje rodzinne, zawirowania, zakręty, nieprzewidywalność losu, wszystko to, prosto z życia wzięte, pisarka ukazuje w niekonwencjonalny, zabawny sposób.
Natasza Socha to indywidualność wśród pisarzy, z własną artystyczną konwencją, własnym stylem, charakterystycznym piórem. Pisze o tym, co spostrzeże swym obserwatorskim zmysłem, co ją drażni w relacjach międzyludzkich, co często jest ważnym społecznym problemem. 
Potrafi zachować zdrowy dystans, co zdecydowanie pomaga rozładować dramaturgię sytuacji, jednocześnie zachowując pełną realność. Nic tak dobrze nie ukazuje naszych słabości, przywar, naszych błędów, jak krzywe zwierciadło, jak absurd. Humor, sarkazm, ironia, absurd, groteska, to narzędzia, którymi Natasza Socha umiejętnie się posługuje, by rzeźbić naszą rzeczywistość.

Nieprzewidywalność, niespodzianki od życia, przypadki i sytuacje, od których często wszystko się zmienia, a nasz świat staje na głowie, to wszystko inspiruje pisarkę i to wszystko znajduje odzwierciedlenie w jej książkach. Bezcenna jest wiara, w którą chcemy wierzyć: "jeśli czegoś naprawdę chcemy, to istnieje duża szansa, że nam się uda".

"Dziecko last minute", tak jak inne książki Nataszy Sochy, niosą z sobą duży ładunek optymizmu, dobrej energii, pozytywnych emocji, tak potrzebnych w naszej codzienności, bez względu na porę roku, jesienią jednak szczególnie. Zatem polecam gorąco!


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Pascal.



Logo

Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/


 


czwartek, 13 października 2016

"Maski zła" Iwona Banach

  Autor: Iwona Banach
  Wydawnictwo: Szara Godzina
  Data wydania: 13 września 2016
   Ilość stron: 304




   "W jakiś czas potem znaleziono trzecie zwłoki."- To pierwsze zdanie powieści "Maski zła" Iwony Banach.
Pierwsze zdanie, jak pierwsza nuta, wysokie C.
 Znaczące. Zapowiadające. Budujące napięcie.
W miasteczku zamordowano trzy starsze kobiety. Dwie z nich miały okrutnie zmasakrowane twarze.
Miasteczko Zawiszyn przestało być zwyczajne i spokojne, jakim było dotychczas.
Makabryczna zbrodnia? Zbieg okoliczności? Napad rabunkowy?
 Atmosfera w miasteczku gęstnieje, niczym mrok wokół instytutu, działającego tutaj przed dwudziestu laty.

Wszystko bowiem wskazuje, że morderstwa kobiet mogą mieć dużo wspólnego z tajemniczym instytutem.
Wszystkie: woźna, higienistka, nauczycielka, pracowały tam kiedyś, chociaż nie w tym samym czasie.
Kto i jaki mógł mieć motyw?
Wampir z Zawiszyna? Krwawy psychopata? Szaleniec z instytutu? Zemsta?

Dawny instytut, to osobliwe miejsce. Przebywały tutaj chore, niepełnosprawne dzieci.
"A potem był pożar." Ogień strawił dokumentację, ślady, dowody. Dzieci gdzieś rozesłano.
Pozostały plotki... Co tak naprawdę działo się przed laty w instytucie, owiał nimb tajemniczości.
Miejscowa policja ginie w natłoku, wciąż mnożących się pytań.
Do śledztwa dołącza aspirant Małecki z Wrocławia. Docieka. Szuka. Rozpytuje. Jednak pamięć małomiasteczkowej społeczności okazała się krótka i zawodna.
Tajemnice przeszłości!
Może to te z tajemnic, które najlepiej zostawić w spokoju?
Przeszłość pełna zła...?
Może dotyczyła ona wielu z nich?
Zmowa milczenia?

 Niektórzy, mając swoje powody, zamykają oczy, by nie widzieć zła, nawet "takiego zła", innym strach sznuruje usta.
Rozmowa aspiranta Małeckiego z księdzem ujawnia, zupełnie przypadkowo, że było jakieś "wtedy" i, że to "dawne dzieje", w których nie ma po co "się grzebać". 
Dużo powiązań i dużo niewiadomych.

Iwona Banach, łącząc w swojej powieści elementy kryminalne, obyczajowe, psychologiczne, jak i realizmu magicznego, stworzyła intrygujący, zarówno treścią, jak i formą, przenikający do szpiku thriller.
Konstrukcja książki jest bardzo oryginalna. Fantastycznie współgrają ze sobą przeplatające się wątki.
Wątek współcześnie prowadzonego śledztwa pisany jest czcionką prostą. Pochłania nas totalnie intryga kryminalna. Śledzimy każdy trop, obserwujemy dociekliwość dziennikarską, niepokój w zachowaniu miejscowej elity, wsłuchujemy się w szepty mieszkańców, by za chwilę wniknąć w drugi wątek, ten pisany kursywą, z którego wyłania się horror przeszłości.
Szukamy tam odpowiedzi na liczne pytania. Ale przeszłość, to gęsty mrok, przerażające głosy, równie wiele pytań, strzępy pamięci.Kto jest kim, jakie są prawdziwe imiona? Kim była babka, zanim stała się babką? Czarownica, piwnica, piekło, płacz, czwartkowa zupa i miś pełen tabletek, miś, który winien jest wszystkiemu, który "ma coś na sumieniu"...!?

Przeplatające się wątki, kończą swą opowieść w najciekawszym miejscu. Ten zabieg podsyca naszą i tak rozbudzoną już ciekawość.
Początkowy chaos myśli, z czasem porządkuje się.
Tajemnice, choćby najgłębiej schowane, zamknięte na klucz, w końcu znajdują ujście.
Maski opadają. Zło, najbardziej okrutne, ujawnia się.
A napięcie wciąż rośnie.
Podejrzenia, bardziej lub mniej logiczne, padają na wiele osób.
 Pisarka dopiero na ostatnich  stronicach otwiera właściwą szufladę i zaskakuje schowaną tam tajemnicą.
Podziw mój budzi sposób narracji, idealnie oddający chaos myśli, "amputowane, porzucone wspomnienia", strzępy, z których sklejana jest pamięć.
Pamiętam powieść Iwony Banach "Chwast", (takich książek się nie zapomina), gdzie narracją, równie doskonale oddaje pisarka stan ludzkiego umysłu. Powtórzenia, urywane zdania podkreślają tam natłok myśli, rozdartą duszę bohaterki, jej poszarpaną psychikę.

Polecam gorąco tę książkę, gwarantującą sporą dawkę emocji, skłaniającą do refleksji, demaskującą zgubną mamonę, chore ambicje, obsesję, żądze i różne inne oblicza zła.


Zapraszam na mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/

poniedziałek, 3 października 2016

"Ślady" Jakub Małecki

  Autor: Jakub Małecki
  Wydawnictwo: SQN
  Data wydania: 28 września 2016
  Ilość stron: 320







"Początek świata często wygląda podobnie."
Zaś:
"Koniec świata zawsze wygląda inaczej."
Te dwa zdania, niczym klamra spinają  to, co jest pomiędzy.
Życie! Pełne śladów. Naszych. Cudzych. Wspólnych.
Pierwsze zdanie, z pierwszego opowiadania "Mój", drugie zdanie z ostatniego opowiadania zatytułowanego również "Mój", są jak ramiona "czegoś, co obejmuje nas znienacka". "Milczące coś."
Oryginalna kompozycja, konstrukcja, konwencja, struktura, kształt. Przemyślany, ambitny zabieg. Imponujący rezultat.

"Ślady" Jakuba Małeckiego, książka bardzo wyczekiwana, nie tylko przeze mnie, ale przez każdego, kto spotkał się z twórczością tego utalentowanego pisarza młodego pokolenia. 
Na okładce "Śladów" czytamy: Jakub Małecki, autor głośnego "Dygotu". 
Powieść znacząca, wywołała głośne dyskusje, głośne słowa podziwu. Echo nie przebrzmiewa, niesie się długo i daleko. 
"Dygot" pozostaje w nas.
Słyszy się opinie, że pisarz podniósł sobie tą powieścią wysoko poprzeczkę. I teraz... co? Musi już tylko wyżej? Jak to zmierzyć...?
Dziennikarz Michał Nogaś (Program III Polskiego Radia i audycja "Z najwyższej półki") twierdzi:
 "Ślady", to dowód na to, że "Dygot" nie był przypadkiem."
Z pewnością nie był! Jeśli Jakub Małecki musi jeszcze coś udowadniać...!?

Najnowsza książka to zbiór dziewiętnastu opowiadań, zbiór kilkunastu różnych historii, wcale nieosobnych.
Czyż nasze życie jest oddzielną, tylko naszą historią? To historia co najmniej kilku żyć.
Opowiadania, zatem i historie różnych żyć przenikają się wzajemnie, łączą się w całość. W fascynującą opowieść. Opowieść egzystencjalną. Uniwersalną. Z przesłaniem.

Rzeczy ostateczne. Odchodzenie. Przemijanie. Śmierć. 
Na wszystko to, co nieuniknione, nie mamy wpływu.
Pisarz skupia się bardziej na życiu właśnie. Na drodze, na sensie. By nie czekać, jak Teresa na coś "aż się wydarzy"; "coś wydarza się ciągle".
Ludzkie drogi nie są prostymi równoległymi; one przecinają się, łączą się ze sobą, mają punkty wspólne. Wspólne ślady.
Bohaterowie tych krótkich, literackich etiud, pozostawiając swoje własne, natrafiają też na cudze ślady. Odnajdują je w sobie. Pozostawione przez innych ślady, naznaczają ich na resztę życia. Trwale. 

Podziwiam szczerze pomysł na konstrukcję utworu, która scala poszczególne elementy, szczegóły, myśli, wspomnienia, małe cząsteczki w całość, w jedno wielkie przesłanie. Jest tutaj pozostawione miejsce dla czytelnika, nisza, w którą może się wcisnąć wraz z własną historią.

Opowiadania stanowiące jedną opowieść nie są już opowiadaniami, ani nie są jeszcze powieścią...

"Życie z powieścią nie ma nic wspólnego (...) Ono się nie układa w jedną całość (...) Życie jest bardziej jak zbiór opowiadań. Poszarpane, nieprzewidywalne. Uwierz mi, mojego czy twojego życia nikomu by się nie chciało czytać."- Objaśnia Bożence Jadwiga Grabowska, Greboletta z Mody Polskiej, opowiadając wojenną historię ocalenia przed Niemcami trójki Żydów ukrytych w sypialni, wśród nich syn sąsiada Graboletty, Dawid. Dawid, którego Bożenka poślubi. Widać jak nieprzypadkowe są to historie, jak nieosobne...

Bohaterów łączą ślady, prowadzące do wspólnych miejsc, do  wspólnej przeszłości. Ich przeżycia, wspomnienia spotykają się w Kwilnie i  okolicach, w Warszawie i okolicach, w Poznaniu, w Łomiankach i okolicach, w miejscach, z których pochodzą, w miejscach znaczących.
 My, czytelnicy idziemy po śladach bohaterów, odnajdując swoje własne, te odciśnięte w nas przez innych, idziemy do swojego Kwilna, miejsca, z którego rozpoczęła się nasza wędrówka. Miejsca, które naznacza nas na resztę życia.
"Bo są takie miejsca na świecie, że człowiek do nich wraca, choć by nawet nie chciał." Opowiadał dziadek Eustaszkowi, (którego dziadek nazywał Pawełkiem, a on Pawełkiem nie jest), kiedy siedzieli na wydmach, jedli jabłka i wyczekiwali smoków.

"Ślady" Jakuba Małeckiego uświadamiają nam, że czyjś koniec świata jest też w pewnym sensie końcem świata dla innych i uśmierca ich również, o wiele wcześniej, niż ich własny koniec świata. "Całe życie zużywają przed śmiercią" i do końca pozostają 6 letnią Bożenką, "w mieście gruzu i szczerbatych kamienic", 16 letnią Julką, co do końca życia tańczyć już będzie z bratem Szymonem, jak wtedy po maturze, czy kilkuletnim Frankiem z opowiadania "Senność", który już na zawsze będzie chłopcem patrzącym na stół u Tałajów, a przy nim tamtych pięciu "śpiących" na wieki mężczyzn - Tałaje, Kokoszka i dwóch zarośniętych Rosjan. Wszystkie inne ślady pogubiły się, rozmyły, a tego nic nie zetrze. Nie zetrze ani wódka, ani bójka, ani kobiety, nawet modlitwa. Obraz będzie go prześladował do końca życia.

Jakub Małecki budzi podziw nie tylko formą, jaką nadał swojej książce, ale w równej części i treścią. Język, warsztat pisarski są już charakterystyczne dla pisarza, wypracowane, ambitne, nieprzeciętne i wyjątkowe, jego własne. Styl narracji przenosi nas w miejsca akcji, blisko bohaterów. Podglądamy. Podsłuchujemy. Jesteśmy w ich świecie. To osiągnięcie wielkich, największych literatów.

 Przez zwykłą codzienną rzeczywistość "Śladów" przewija się realizm magiczny, obecne są w niej elementy irracjonalne, niezwykłe, tajemnicze. Może w mniejszym stopniu, niż w "Dygocie", ale tutaj również ma miejsce nawiązanie do wierzeń ludowych, przepowiedni, zabobonów i magii.
Są ludzie, którzy zdawać by się mogło, stanowią część krajobrazu, wpisani są weń, jakby byli tu od zawsze i na zawsze. tak jak wiejski grajek Chwaścior, ze swoim fletem.
Chodził i grał. Był też prorokiem czarnej przyszłości:
"Przyjdą diabły - powiedział raz po żniwach u Ratajczaków. - Przyjdą i będą po diabelsku godoć.  Przyszły dwa miesiące później , diabły w płaszczach i hełmach. Rozkradły, zbiły, pogwałciły kobiety. Pół wsi spalone. Zalały ponoć całą Polskę. Tadziu ten od Markiewiczów, co na niego krzyczał z okna, zmarł podobno, zastrzelony w Łomiankach pod Warszawą."
Za ten koniec świata chciano Chwaściora spalić na sianie. 

Bo czym jest koniec świata?
"Nikt nie wierzy, że staje się już. Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, powiada przewiązując pomidory: innego końca świata nie będzie, innego końca świata nie będzie."- objaśnia Czesław Miłosz w "Piosence o końcu świata".

W "Śladach" końce świata również "stają się już".
Huk na drodze, ślady opon. Huk i prosto w drzewo. Jazda motocyklem kończąca się w jeziorze. Paraliż. Waląca się ściana remontowanej niedawno kamienicy. Uderzenie głową w latarnię. Upadek podczas szukania fioletowego mydełka. Upadek podczas szukania okularów.  Nawet nie wiadomo kiedy nadchodzi "ostatnie teraz".
Kiedy odchodzi ktoś nam bardzo bliski, drogi , kiedy jest to jego i nasz koniec świata, nie możemy pogodzić się z tym, że wszystko wokół niezmiennie płynie, tak jakby nic się nie stało.
"Świat kończy się, a potem pędzi dalej..."


Dziękuję Wydawnictwu SQN za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego i tym samym możliwość przeczytania i wyrażenia swojej opinii na temat książki Jakuba Małeckiego "Ślady".






 Zapraszam na mój fanpage na facebooku:  https://www.facebook.com/myslirzezbioneslowem/